Pierwsze koty za płoty

Chciałam, żeby ten pierwszy wpis był o tym kim jestem, żeby postać autorki tych słów nie pozostała dla ewentualnych czytelników enigmatyczna i nijaka. Tak więc dużo bliżej mi jeszcze do lat dwudziestu niż do trzydziestu. Jak wielu moich rówieśników, mam jeszcze głowę pełną ideałów oraz wybujałe marzenia dotyczące mojej przyszłości. Tak, jak i pół mojego pokolenia wybrałam ciężką i żmudną drogę zdobywania wyższego wykształcenia, w dodatku na kierunku, który jest nie dość, że całkowicie nieopłacalny, to jeszcze ewentualne przyszłe miejsca pracy praktycznie nie istnieją. Ze studiów zostaną mi zapewne raczej mało wymierne korzyści w postaci fantastycznych wspomnień, niźli jakiekolwiek perspektywy na przyszłość.

Aby podjąć naukę na wyższej uczelni, a przy okazji uciec od góry palących problemów, opuściłam rodzinną miejscowość położoną hen daleko na wschodzie naszego kraju i pokonując ponad pół tysiąca kilometrów przyjechałam do  najpiękniejszego miasta Polski – Krakowa. Życie tu wcale nie okazało się takie kolorowe, jak to sobie wyobrażałam pakując walizki, jednak przetrwałam najtrudniejsze początki i taki stan rzeczy trwa do dnia dzisiejszego. Zachwycam się tym miastem do dziś i nie potrafię sobie wyobrazić, że mogłabym mieszkać gdzie indziej. Krakowskiego Rynku i jego magicznej atmosfery nie zastąpi mi nic – żadne cuda architektury na drugim końcu świata.

Pracuję, bo nie mogę sobie pozwolić na słodki stan bezrobocia. Mojej wypłacie cholernie daleko do średniej krajowej, szef nie jest łaskawy, wyrabiam 200 h miesięcznie, ale nie mogę powiedzieć, że wracam do domu styrana jak wół. I mimo, że są dni, kiedy najchętniej trzasnęłabym budzikiem o ścianę, szczelniej opatuliła się kołdrą i wypięła cztery litery na swoje obowiązki, to w ogólnym rozrachunku jestem zadowolona z tego, co robię. Nieśmiało pozwalam sobie nawet myśleć, że mogłabym całe życie pracować w tej branży.

Nie umiem chodzić na szpilkach, ani porządnie malować paznokci. Ciągle nie dosypiam, za dużo przesiaduję w krakowskich knajpach, jestem typem „party hard” i nie mam zamiaru tego zmieniać, przynajmniej nie przed trzydziestką. Palę więcej, niż mnie na to stać. Mam poczucie humoru rasowego budowlańca, który umiłował sobie soczystą „kurwę” i daję jej zaszczytne pierwsze miejsce w moim słowniku.

Chciałabym zbawić świat, robić rzeczy ważne i potrzebne. Chciałabym podróżować, poznawać inne kraje, kultury, tradycje. Przełamywać własne granice. Udowodnić sobie, że ideały to nie tylko puste słowa i suche teorie, że na świecie oprócz całej masy gówna są też ludzie i sprawy piękne, warte poświęceń i troski.

Chciałabym też znaleźć receptę na szczęście. Pilnie jej szukam.

One comment on “Pierwsze koty za płoty
  1. I Znajdziesz… Któregoś dnia Znajdziesz swoja własną receptę, ale cena za nią jest zawsze wysoka. Ja jednak wiem, ze Dasz radę, jeśli po Drodze nie Zagubisz swojej wrażliwości:) Wszystkiego dobrego:)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • RSS
  • Twitter
  • Facebook