Jagny filozofia własna

Jeśli twoim głównym zmartwieniem życiowym jest fakt, że nie masz iphona, ipada, czy kina domowego; jeśli głowę twą zaprząta jedynie stan twojej fryzury, makijażu, paznokci czy stopień doprasowania spódnicy, to idź precz. To, co tu przeczytasz może rozsierdzić twe jakże uduchowione oblicze, albo jeszcze, nie daj boże, skłonić cię do jakiś przemyśleń, w efekcie których zrobisz sobie kuku. Być może napiszesz w komentarzu, że jestem idiotką, na pewno brzydką i biedną, a biedną temu, że głupią, a wszystkie te epitety okrasisz jeszcze soczyście wulgaryzmami. Po co? Zwyczajnie – nie czytaj, idź precz.

Bo dziś będzie temat trudny: rozważania filozoficzno-egzystencjalne i to w wydaniu na tyle osobistym, że zapewne nudnym jak flaki z olejem. Wszyscy się nad tym zastanawiali w życiu choć raz. Przynajmniej mam taką nadzieję. Choć ostatnio zaczynam nieco wątpić w możliwości myślowe współczesnych ludzi, to jednak optymistycznie założę, że mimo wszystko nadal jesteśmy gatunkiem używającym od czasu do czasu narządów zwanych mózgami. Pytanie brzmi: co zrobić ze swoim życiem, jak znaleźć w nim choć cząstkę sensu, czegoś na tyle istotnego, by za czymś konkretnym podążać?

Przepraszam bardzo wszystkich entuzjastów współczesności, ale w tym momencie ostentacyjnie odwracam się plecami do kultury masowej, do wszystkich tych celów i absurdalnych pragnień, które podsuwa mojej podświadomości. Niestety – chcę w życiu mieć coś więcej niż pragnienie posiadania idealnie układających się włosów i nowego, szpanerskiego iphona, a wrażenie mam wprost nieodparte, że współczesność usilnie próbuje mi wmówić, że po to właśnie mam żyć i to jest mi do szczęścia po prostu niezbędne. By wyglądać idealnie – by katować się i poświęcać, odmawiać sobie ziemniaków, chleba i piwa, bo pragnieniem moim powinno być posiadanie ciała zbliżonego kształtem i fakturą do wszystkich tych photoshopowych, botoksowych i otynkowanych panienek z zagranicznej telewizji. A przy okazji powinnam zaharowywać się na śmierć, robić na trzy etaty, oszczędzać wodę, światło i papier toaletowy, by forsę roztrwonić na gadżety i ciuchy, których loga i metki będę mogła później z dumą prezentować wsiadając do miejskiego tramwaju babom objuczonym siatkami z tesco. A niech to szlag jasny trafi – mowy nie ma.

W życiu najbardziej cenię sobie swobodę, możliwość wyjścia poza sztywne ramy konwenansów i zakazów. Nie cierpię, gdy mędrcy tego świata mówią mi jak mam żyć i z czystej przekory mam ochotę robić dokładnie odwrotnie niż wskazują ich uczone paluchy i twierdzą ich wszechwiedzące usta. Niestety – mędrców owych, którzy wiedzą co dla mnie najlepsze i mają niezawodny przepis na szczęście jest wokół całe mnóstwo – ale bogu chwała, ja sama jestem nieodwołalnie dzierżycielem wszelkich praw własności do mojego ciała, do mojego umysłu i moich decyzji. Nie zamierzam się tym prawem dzielić. Z nikim. A już na pewno nie pozwolę, by pseudoautorytety, których na oczy w życiu nie widziałam i raczej nie zobaczę, kreowały w mojej głowie ideały i wartości, wedle których mam kształtować krótki swój żywot. O nie – jestem Jagną, może nie jakąś fenomenalnie wyjątkową, ale na pewno nie wyszłam spod matrycy i nie zamierzam stać się gorszą kopią Paris Hilton czy matki Teresy, bo całe rzesze twórców od image’u czy głowy kościołów próbują zawzięcie postawić mi kogoś za wzór. Wzorom tym mówię stanowcze „spierdalaj”.

Rozglądam się pilnie, badam i macam otaczający mnie świat. Szukam czegoś własnego, czegoś, co przy okazji będzie we względnym zasięgu moich nieskażonych pieniądzem rąk. A świat konsekwentnie, okazując całkowity brak miłosierdzia podcina mi skrzydła, a przy okazji uczy lepiej niż niejeden prestiżowy uniwersytet, raz po raz kopiąc mnie okrutnie w dupę. Dotkliwych lekcji wyniosłam już całkiem sporo, ale nie o to mi chodzi, by roztkliwiać się teraz nad wszystkim doznanymi krzywdami i niesprawiedliwością losu. O nie. Nawet cieszę się, że już na starcie w dorosłość jestem człowiekiem poturbowanym, poranionym i porytym bliznami. Doświadczenia życiowe przyniosły mi możliwość zweryfikowania ideałów, nabrania dystansu do siebie i świata, wyłonienia pewnych życiowych aksjomatów, a dupę mą uczyniły twardą i nieczułą na kolejne kopniaki. Teraz wiem, że wielkie, pięknie brzmiące pojęcia jak honor, bohaterstwo, prawda absolutna, oddanie są tylko sumą wypowiadanych dźwięków, które we współczesnej rzeczywistości nie mają realnych odpowiedników w naturze.

I tu, w tym punkcie moich teoretycznych rozważań, jak echo powraca pytanie natrętnie obijające się o wnętrze mojej czaszki od jakiegoś czasu: gdzie sens? Dla czego warto żyć? Kiedyś, będąc jeszcze beztroską gówniarą powiedziałabym – miłość i przygoda, to one napędzają mnie do działania, tego szukam tak zawzięcie, posuwając się nie raz do najdzikszych szaleństw. Czy wydoroślałam od tego czasu, czy przewartościowały się moje priorytety? Nie sądzę. Zdaje się, że jestem odrobinę tylko odpowiedzialniejsza, odrobinę bardziej realistyczne mam spojrzenie na obie te sprawy. Ale ukryć się nie da i sama siebie nie oszukam. Miłość i przygoda – najlepiej ściśle związane ze sobą, występujące równolegle, intensywne, spontaniczne i radosne, odarte z luksusów i obłudy. Tego chcę „na dziś”.

Nie lubię pieprzenia, że wszystko jest możliwie, mimo, że zdaję sobie sprawę z prawdziwości tych słów. Świadomość głębokiego znaczenia tego banału zmusza mnie do ciągłego działania, szukania motywacji, a to męczące, a przy tym upierdliwie często bezproduktywne, przynajmniej nie natychmiastowo. Mimo to szukam, roztaczam szaleńczo optymistyczne wizje siebie samej za ileś tam lat, domku na Mazurach, żaru w kominku, świergotu ptaków i idealnie sielankowego kubka kakao pitego o zmierzchu na sypiącym się ganku do dobrej lektury. Tak – to ja i moje małe getto, moja przystań szczęścia i oaza wolności. Tego chcę „na kiedyś”.

A pomiędzy tymi dwoma punktami w czasoprzestrzeni, tego „teraz” i „kiedyś”, chciałabym zwyczajnie czuć. Doświadczać całą sobą. I porywów serca, bezgranicznych wzruszeń, stanów skrajnej euforii, napadów obłąkanego śmiechu, i głębokiego smutku, bezbrzeżnej tęsknoty i kipiącej wściekłości. Nigdy tego nie stracić – zdolności odczuwania, przeżywania całym jestestwem. Nie chcę popadać w otępienie, nudę i ostentacyjną obojętność. Nie chcę biernej egzystencji, identycznych nocy i dni, całych miesięcy i lat trwania w zawieszeniu i oczekiwaniu na coś, czego sama nie umiałabym nawet określić i nazwać. Żaden ze mnie typ księżniczki pokornie czekającej na księcia z bajki i ratunek. Ten czas, który mam, który pozostał mi jeszcze, zanim już rażąco będzie mi wypadało ustatkować się i zmądrzeć, chcę wykorzystać do maksimum, smakować, dotykać i poznawać, sięgać po zakazane owoce i rozkoszować się nimi bez wyrzutów sumienia. Czy to już hedonizm? Być może. Ale i tak, lepsza w moim pojęciu jest radosna rozpusta, niż marazm, którego tak się boję, i od którego zawsze będę w panice uciekać.

,
20 comments on “Jagny filozofia własna
  1. Stan oczekiwania na coś, czego sami nie jesteśmy nawet dokładnie określić i nazwać zna chyba każdy z nas. To pewne instynktowne pragnienia, których nie jesteśmy w stanie opisać słowami, ale które odczuwamy gdzieś wewnątrz. I one nie pozwalają nam spać. A nie pozwalają nam spać dlatego, że wiecznie jesteśmy niespełnieni. Wiecznie wydaje nam się, że coś tracimy, czegoś nie doświadczamy, coś nas omija. Szukamy życia, szukamy celu, szukamy punktu zaczepienia, a gdy już wydaje nam się, że znaleźliśmy – okazuje się to po czasie zwykłym złudzieme. Oto my – wiecznie szukający.

  2. świetny wpis i rewelacyjnie się to czytało.
    I generalnie – piąteczka – zgadzam się z większością tego co napisałaś.
    Nie dajmy się zamknąć w ramy konwenansów, precz z bigoterią i stereotypami.
    I trzymam kciuki za to „coś” co pozwoli rozwinąć skrzydła i zaszaleć :)
    Pozdrawiam

  3. Mimo iż początek mnie nie dotyczył (z takich czy innych powodów mam wszystkie 3 wymienione rzeczy) to podsumowanie jest GENIALNE. Ucieczka przez marazmem i to w najlepszy możliwy sposób poprzez sięganie po zakazane owoce bez wyrzutów sumienia.

  4. Czapeczki z głów! Gdy kończyłem podstawówkę i wszyscy dookoła wiedzieli, jaka szkoła średnia będzie dla mnie najlepsza, ja wiedziałem, że nic z tego nie będzie. Kto jeszcze miał jakiś autorytet, to go wtedy właśnie stracił, a ja skoncentrowałem się na tym, aby samemu zorganizować sobie świat, równoległy, ale na moich zasadach. I nie mam szkół, ale mam firmę i pasje, na których zarabiam. Nie mam płatnych urlopów, ale mam je na żądanie tyle, ile chcę, a jeśli mam się z czegoś tłumaczyć, to jedyną osoba, przed która to robię, jestem ja sam. Nie mam ajpadów, ajpodów, ajfonów, ani nawet samochodu, bo zdecydowanie bardziej opłaca mi się jeździć komunikacją miejską i taksówkami, a sąsiedzi powinni się cieszyć, bo więcej miejsca na parkingu dla nich. Jeśli problem widza w tym, że nie mam samochodu, to już ich problem. Cóż rzec? Oby więcej ludzi z życiem skrojonym na miarę, a nie żyjącym ponad miarę i na każdym kroku mierzących się z innymi.

  5. Sens i swoje miejsce w życiu… tego nie da się wyrazić słowami, ale ja już wiem, jak to odnaleźć: „życie choć piękne, tak kruche jest, zrozumiał ten, kto otarł się o śmierć…” Ja nie zrozumiałam, ale poczułam całą sobą. Nagle te wszystkie wielkie sprawy: mieszkanie, praca, kredyty stały się mało ważne. Liczy się to, że żyję, że dostałam kolejny dzień. Może sensem życia jest po prostu…życie?

  6. Jagna, no to jest nas więcej. Ja już jestem osobą w latach i w sumie ze sporym dorobkiem, także materialnym, ale wszelkie przejawy statusu mam głęboko. Mam telefon do dzwonienia i robienia zdjęć – wystarczy, komputer – mocno sfatygowany, ujdzie, ciuchy – zawsze poza modą, którą mam w nosie, a mam opinię osoby z klasą, kosmetyki – stan bliski zera, dwie butelki naturalnych olejków i coś tam do pomazania się po twarzy. Nie będę pełnego inwentarza robić ale ciąg dalszy podobny. Stać mnie na więcej ale nie potrzebuję tego, nie widzę w tym sensu i smaku. Wolę poczytać dobre książki, popatrzeć jak mi w ogrodzie rośnie i tym podobne mało wyszukane radości. Dobrze mi z tym. Jak widzę, że ludzie biorą kredyty, żeby sobie lepszy samochód kupić i potem nie śpią po nocach to się pukam w czoło. Nie dajmy się wykiwać specjalistom od kreowania popytu. Nie zachęcam do technologii kamienia łupanego – ale wszystko z umiarem, na miarę faktycznych potrzeb i możliwości. Trendy „slow” i „mini” nie są głupie.

  7. Nigdy nie wierzyłam autorytetom. Autorytet to ktoś, komu przyznajesz rację przez sam fakt, że jest autorytetem. Nie lubisz bananów, ale udajesz, że ci smakują, bo on powiedział, że są zdrowe i pyszne. Tylko dlatego, że nie chcesz narazić się komuś, kogo podziwiasz, zmieniasz swoje zdanie. Nie ma osób idealnych i przyjmowanie czyjegoś stwierdzenia z góry za prawdę to nonsens, dlatego też nie uznaję autorytetów. Zdecydowanie wolę myśleć samodzielnie.
    A co do filozofii życiowej to na razie stawiam na swój rozwój i na korzystanie z życia ile się da… Bez przejmowania się pieniędzmi. Co dalej to się jeszcze zobaczy ;)

  8. Jezeli nie jestes z Warmi badz Mazur, to twoje marzenie o domku bedzie sie klocic z milionami innych marzen. Nikt nie chce na Mazurach jebnietych warszawiakow czy innych poznaniakow czy jeszcze innych wynalzków. Wiec jak nie jest krajaka to soczyste wypierdalaj Ci powiem.
    Z reszta wpisu sie zgadzam i dobrze ze czasem ktos jeszcze trzeźwo myśli i nie daje sie wbijać w ramy towrzone przez tak na prawde ch**j wie kogo.

  9. „roztaczam szaleńczo optymistyczne wizje siebie samej za ileś tam lat, domku na Mazurach, żaru w kominku, świergotu ptaków i idealnie sielankowego kubka kakao pitego o zmierzchu na sypiącym się ganku do dobrej lektury.”

    Czy to nie jest wzorzec?

  10. Pisze się „jakichś przemyśleń” a nie „jakiś przemyśleń”, chyba pochodzi Pani z Krakowa. Poza tym te przemyślenia to taka paplanina osoby egocentrycznej, która czuje się zniewolona przez otoczenie i demonstracyjnie obnosi się ze swoja oryginalnością, niezależnością i innością. Nie ma żadnego przymusu dążenia do tego, co przez innych jest pożądane, nie ma też przymusu dostosowywania się do czyichś oczekiwań, jednak trzeba liczyć się z tym, że inni ludzie mają ogromny wpływ na nasze życie, bez względu na to, jak bardzo chcielibyśmy tego uniknąć.

  11. mam 17 lat i nie chcę słuchać autorytetów, bo są autorytetami, nie chcę być wtłoczona w ramy tego co muszę i powinnam. mam telefon, który dzwoni i ma dostęp do internetu, komputer 1 na 4 osoby, a do szczęścia mi wystarczy dobra książka, tabliczka czekolady i przyjaciółki. nie cierpię różu, nie odchudzam się i nie słucham justina biebera, nie upijam się na imprezach i nie wciągam.
    nie wiem co zrobię w przyszłości, nie jestem pewna czego chciałabym od przyszłości i świata, a świat nie pokazuje mi możliwości spełnienia tych kilku nierealnych marzeń jakie mam

  12. Fajnie gdyby wszyscy ludzie na świecie musieli napisać tekst w tylu słowach, czym jest dla nich życie. Ciekawe czy tak bardzo by się od siebie te teksty różniły…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • RSS
  • Twitter
  • Facebook