Życie w Anglii

baba

Od zawsze wiedziałam, że Polska to nie jest kraj dla mnie, że złośliwy i przewrotny los okrutnie ze mnie zadrwił umiejscawiając mój młodzieńczy żywot pod taką, a nie inną szerokością geograficzną. Zbyt wielu opętańczych patriotów, ultra-katolików, malkontentów, filisterskich mord, pseudo-inteligentów, idiotów i życiowych pokrak, bym mogła się w tym miejscu czuć jak u siebie i zdrowo rozwijać. Ojczyzna wydawała mi się zawsze krajem depresyjnym, pokręconym, skarlałym i sfiksowanym. Logika, którą się rządzi kraina nadwiślańska do dziś pozostaje dla mnie mroczną zagadką i już dawno straciłam resztki złudzeń, że kiedykolwiek uda mi się tę polską rzeczywistość pojąć moim małym, prostolinijnym rozumkiem.

Fantazje o życiu imigranta nawiedzały mnie od lat wczesnej młodości, kiedy to w paczkach z Ameryki dostawałam cudowne ubranka i zawrotne ilości słodyczy, które mama gorączkowo chowała po kątach i szafkach z pościelą, bo radosna, dziecięca wiara w możliwości mojego żołądka podpowiadała mi, że zjedzenia kilku tabliczek czekolady na raz jest pomysłem dobrym i wykonalnym, i pewnie jadłabym tę czekoladę aż do porzygu. Tak moje kilkuletnie oczęta widziały tę daleką Amerykę, jako stosy słodkości i domki z piernika. W parę lat później zrozumiałam co to jest kurs walutowy i wtedy do mnie dotarło dlaczego na nic mnie w życiu nie stać, legły w gruzach marzenia o willi na hiszpańskim wybrzeżu, ba, nawet te o szałasie na jakiejś ciepłej, zapomnianej przez cywilizację wysepce.

Długi okres zdobywania wykształcenia urozmaicałam sobie tułaczką po Europie i to tylko utwierdzało mnie w przekonaniu, że zagranica to raj, kraina wiecznej szczęśliwości i wszelakiego bogactwa. Polskie realia i konflikt wewnętrzny wynikający z niezrozumienia rodzimej rzeczywistości zapijałam zimną wódeczką, bo wtedy nawet ojczyzna wydawała się jakaś przyjemniejsza i bardziej znośna. Po studiach życie łaskawie napisało scenariusz nader sprzyjający moim aspiracjom i w ten oto cudowny sposób zamieszkałam w Anglii.

Tu kończy się sielanka, życie surowo zweryfikowało moje, jakże naiwne i schematyczne przekonania. Żaden to raj, żadne salony. Życie tu tak samo szare jest, smutne i przewrotne. Może nawet bardziej niż w ojczyźnie, bo pogoda angielska kapryśną jest jak panna na wydaniu i nigdy nie wiesz kiedy zimny deszcz lunie ci na łeb z chmur które podstępnie podpełzły nie wiadomo skąd, na chwilę temu jeszcze czysty i słoneczny nieboskłon.

Moje kulinarne popisy jeszcze marniej prezentują się w tym kraju, gdzie absolutnie wszystko smakuje jak tektura lub kupa siana, w dodatku bez sosu. Sałata jest tekturowa, jabłko tekturowe i chleb z tektury, a mięsa, wędliny i kiełbasy zamiast kusić zapachem i prezencją pachną i wyglądają jak kawał padliny, ledwie oprószony solą i pieprzem. O zgrozo – nawet piwo posmak ma kilkudniowych szczyn i roztworu wody utlenionej, nad którym to faktem ubolewam wielce. Marna jakość pożywienia rozbudziła we mnie nagłą i gwałtowną miłość do ojczyzny, która to objawia się w głównie w umiłowaniu sklepów z polskim jedzeniem. Tęskno mi do schabowego, do krakowskiej suchej i pasztetu podlaskiego, do chleba który czerstwieje na dzień trzeci od zakupu, zamiast wciąż jeszcze z pozoru świeży i mięciutki jak gąbeczka pleśnieć i gnić.

Mentalność ludzka rzeczywiście zmienia się wraz z szerokością geograficzną, nie znaczy to jednak, że zmienia się na lepsze im dalej na Zachód Europy. Anglicy są beznamiętni, nudni, poukładani i przewidywalni jak manekiny. Uprzejmość króluje w tym bezbarwnym społeczeństwie, ale jest to uprzejmość wymuszona i zdystansowana, daleko jej do szczerego entuzjazmu i energii, które w ludziach kocham. Do tego ten ich angielski, taki majestatycznie niewyraźny, złośliwie rozciągany, falujący w wymowie jak szlaczki przedszkolaka, te akcenty rozrzucone bez sensu, w tym tylko jednym celu, by wszystkim obcym znacznie utrudnić rozeznanie w intencjach mówiącego. A tfu!

Anglia to kraj, gdzie na starcie kariery imigranta wszystko jest dużym wyzwaniem. Formalności związane z zatrudnieniem, samo znalezienie pracy, czy mieszkania, które będzie czyste, schludne i nieprzyprawiające o zawrót głowy intensywnym zapachem curry wyczuwalnym już sto metrów od drzwi wejściowych, a także przyzwyczajenie się do całego szeregu irytujących pierdół, jak ruch lewostronny i dwa krany w zlewie nastręczają wielu trudności i są przyczyną częstych wkurwów i wielu soczystych bluzgów puszczonych w świat.

Warto jednak wytrzymać pierwsze tygodnie deszczu, głodu, bezbarwności i przeszkód. Po pierwsze funt był, jest i będzie najbardziej pożądaną walutą przy wypłacie, gdy się chce później wydawać w złotówkach. A nawet jak się chce forsę roztrwonić na wyspach to człowiek od razu zauważa różnicę pomiędzy zarobieniem tysiąca PLNów, a tysiąca funtów, co w obu krajach jest zazwyczaj osiągalne w miesiąc czasu. Wreszcie zamiast Kasztelana, czy Łomży Export kupowane przy wsparciu pękatej siatki pustych butelek na wymianę można sobie pozwolić na butelkę whiskey (uwielbiam!), tequili, francuskiego wina czy innych równie wykwintnych trunków i nie zrujnować sobie tym burżujskim gestem miesięcznego budżetu narażając się na głód.

Po drugie, nic mi nie obrzydzi cudownej, wielkomiejskiej atmosfery, którą emanuje Londyn, szczególnie, gdy ma się wolną chwilę, by usiąść na Piccadilly i siorbiąc kawę z włoskiej knajpki obserwować, jak tętni życie, ruch i pośpiech. Tylko tu można wychodząc z metra przypadkiem natknąć się na pochodnię olimpijską, Kate Moss, a już bardziej celowo  na Van Gogha, Dali’ego i Picassa, a raczej ich spuściznę artystyczną rozproszoną po licznych londyńskich galeriach. Można też beztrosko położyć się na trawniku, ściągnąć buty, marynarkę wcisnąć pod głowę i chłonąć porami skóry nieliczne płomienie słoneczne i nikt nie uzna cię za pijanego wariata, lumpa ani dziwadło. Nikt cię nawet nie zauważy. Bo tu ludzie zwyczajnie nie patrzą na siebie, nie taksują wzrokiem, nie oceniają. Laski bez frasunku wbijają swe opasłe odnóża w szorty tak nieprzyzwoicie krótkie, że cellulit na tłuściutkich pośladkach dostępuje światła dziennego i szerokiej publiczności. I nikogo to nie gorszy, nie brzydzi, nikt nie zwraca uwagi.

Czy było warto wyjeżdżać? Do tej pory nie wiem. Z pewnością warto jest próbować rzeczy nowych, poznawać świat, ludzi, kultury, zwyczaje i nawet tego nowego i obcego życia nie całkiem darzyć sympatią i pochwalać jego obyczaje, niżby człowiek miał żywota swego dokonać w tej samej wiosce, co się w niej urodził i nigdy nosa nie wyściubić dalej niż za znak, że tu się owa miejscowość kończy.

,
14 comments on “Życie w Anglii
  1. Sądząc po wpisach jesteś nie tylko wybitnie inteligentna ale sprawiasz też wrażenie osoby bardzo sympatycznej. W konsekwencji życzę Ci zatem jak najlepiej, aczkolwiek zwiedziwszy wyspy jako turysta wiem, że nie postawię tam nogi – chyba że na (bardzo) krótko w celach biznesowych.
    Anglia w mojej osobistej ocenie jest syficzna, brudna, pozbawiona (może poza Szkocją) jakiegokolwiek uroku, pełna obleśnych kobiet pozbawionych gustu, urokliwych niczym angielska pogoda (co też sama zauważyłaś).
    Wielka Brytania to taka Rosja Zachodu.

    • Twoj wpis jest przepraszam za wyrazenia ale zalosny,Jesli twierdzisz ze Anglia jest malo urokliwa,syficzna i brudna to watpie ze wogole byles czy bylas w Anglii.Mieszkam tu 6 lat ,zwiedzilam mnostwo zakatkow,miejscowosci i jestem zawsze zachwycona pieknem tego kraju czego nie moge niestety powiedziec o naszej cudownej ,czystej(haha)i urokliwej Polsce.Anglia to przepiekny kraj i trzeba najpierw tu byc i zwiedzac a wtedy oceniac,wiec wychyl najpierw nos z kraju i oceniaj.Typowy Polak ktory niczego nie widzial ale oczerniac potrafi.No coz POLSKA MENTALNOSC…

      • Niestety piszac o typowej polskiej mentalnosci piszesz o sobie.
        Typowa polska mentalnosc to zachwycanie sie byle gownem nie doceniajac naprawde wartosciowych rzeczy.
        Nie krytykuje cie za to, ze podoba ci sie Anglia, gdyz jak to mowia sa gusta i gusciki. Twoj wpis to swiadectwo tego, ze ty jak wiekszosc Polakow, ktorzy wyrwali sie ze swoich polskich pipidow nie widzialas zadnego innego kraju jak Polska i Anglia, a gwarantuje ci, ze Anglia wypada bardzo blado w porownaniu z innymi krajami.
        I niestety jest brudno, szaro i niesympatycznie.

  2. Odnośnie treści moglibyśmy zacząć akademicką dyskusję czyli bezowocną kłótnię bo mam odmienne zdanie dotyczące Polski. Więc nie będę ustosunkowywał się do sensu. Ale styl pisania masz pod mój gust. Rewelacyjnie się czyta. Pozdro. Szukaj swojego kąta, gdzieś na pewno jest.

  3. Na swiecie juz ciutke zyje,
    wiec wiem: co cie nie zabije,
    wzmocni zwykle dosc solidnie,
    choc nieraz ci to obrzydnie…

    Nie ma wiec co zbyt narzekac,
    na pech permanentny wsciekac,
    to zreszta za wiele nie da,
    nie znikna troski i bieda…

    Trza sie wziac solidnie w kupe,
    nic ze los wciaz wali w dupe,
    zakasac mocno rekawy,
    wziac sie ostro za swe sprawy…

    Emigrantem jam lat wiele,
    nie zawsze sie tym wesele,
    ale takze nie biadole,
    da sie zyc na tym padole…

    Za Krajem tez tesknie czasem,
    na mysli mam i kielbase,
    nawet swojskiego menela,
    co „lacina zapierdziela”..

    Z czasem czlek sie przyzwyczaja,
    juz nie bola nawet jaja,
    mozg w poprzek takze nie staje,
    na mysl co tu za zwyczaje…

    Poznajesz ludzi ciekawych,
    do biznesu i zabawy,
    weekendowego szalenstwa,
    czasem tez i bezecenstwa…

    Sa zalety jak tez wady,
    niekiedy dziwne uklady,
    wnioskiem pewnie nie powale:
    nie pieklo, niebo tez wcale…

    Nie mozna wiec zbyt wybrzydzac,
    Kraju tez nie trza zochydzac,
    zyj porzadnie i badz mila,
    tez dla mendy co skrzywdzila…

    PS. A Londyn jest faktycznie fajny.

  4. witam,
    wszedzie jest dobrze,jesli potrafimy to zobaczyc.
    za czasow naszych babek-po liceum uczylo sie dzieciakow.
    za naszych czaso trzeba miec minimum srednie i chociaz jeden jezyk obcy-zeby szorowac kible w lepszym hotelu.
    smiech na sali w polsce.
    albo trzba kombinowac-czytaj otwierac swoje firmy,
    albo wyjezdzac z polski.
    coz zycie wspolczesne w naszej ojczyznie.

  5. Zapomnialas o lokalnych elementach , budzacych zdziwienie u obywatela RP- sznureczek w lazience i alaem dymny w kuchni.6:15 przypalone tosty i cala chata na nogach….

  6. drodzy po co się kłócić kto chce niech wyjeżdza a kto nie chce niech siedzi w kraju czas pokaże szkoda nerwów pozdrawiam Andrzej

  7. Sporo tu osób z doświadczeniami życia w UK dlatego mam kilka pytań:
    1. podobno Brytyjczycy spotykają się głównie na mieście, czy o ni w ogóle nie zapraszają znajomych/rodziny do domów?
    2. w lokalach każdy płaci za siebie-czy to generalna zasada, na randkach również?
    3. Czy rodzice, którzy mają dorosłe dzieci np. w wieku 22-24 lata gdy te opuszczą dom faktycznie prawie się nie zajmują ich sprawami i żyją własnym życiem, nie pomagają przy wnukach?
    4. Jak wyglądają relacje dziadkowie-wnuki w typowej angielskiej rodzinie?
    5. śmierć/pogrzeby podobno imprezy poświęcone zmarłym są na wesoło? zupełnie tego nie widzę, jak można się cieszyć gdy kilka dni wcześniej odszedł ktoś najbliższy-jak oni do tego podchodzą? czy chodzą regularnie na groby czy wcale?

    • 1. Spotkania rzeczywiście najczęściej odbywają się w knajpach – zaproszenia do domu otrzymują tylko najbliżsi, w tym rodzina.
      2. W lokalach płaci ten, kto zapraszał.
      3. Generalnie prawda, ale wierzę, że istnieją przypadki, które temu zaprzeczą. Znam Anglika, który swoje dzieci wypchnął z domu w wieku 20 i 18 lat. Nieruchomość wynajął, a sam przeprowadził się z żoną do Tajlandii. I nikt w tym nie widzi patologii – normalna kolej rzeczy.
      4 i 5 – nie mam pojęcia, więc się nie wypowiadam.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • RSS
  • Twitter
  • Facebook