Czytajcie książki!

picjumbo.com_HNCK3576

To widać po ludziach, czy czytają, co czytają i jak często. To słychać, to czuć, to z nich bije na odległość. Serio.

Ilu Polaków w ubiegłym roku przeczytało przynajmniej 7 książek? Nie zgadniecie. Ja nie zgadłam, moje mniemanie o rodakach było zdecydowanie zbyt wysokie. Całe jedenaście procent! To dwa razy mniej niż dekadę temu. Żadnej książki, w bardzo rozległej definicji tego słowa (uwzględniając praktycznie wszystko, co ma okładki – od albumu, po słowniki) nie trzymało w rękach ponad sześćdziesiąt procent społeczeństwa. Reszta miała z czytelnictwem przygodę raczej przypadkowo-jednorazową – zajrzeli do książki kucharskiej szukając przepisu na małosolne. To są smutne fakty zaczerpnięte z badań nad poziomem czytelnictwa w kraju przeprowadzonymi przez Bibliotekę Narodową.

Wynika z nich coś jeszcze – zależność pomiędzy czytelnictwem, a wykształceniem, statusem społecznym i płcią. Kto czyta najwięcej? Kobiety z wyższym wykształceniem, dobrą pozycją społeczną i finansową, z dużych miast i inteligenckich rodzin. Najmniej – mężczyźni po podstawówce, ubodzy, mieszkańcy wsi. Przeciętny Polak parchacieje czytelniczo (a co za tym idzie także umysłowo), bo zajęty jest tępym wlepianiem gał w telewizor, napieprzaniem w strzelanki i codzienną masturbacją.

Ubolewam nad faktem, że czytanie książek przestało w obiegowej opinii należeć do wyrafinowanych zainteresowań. Moim zdaniem należy. To jest hobby elitarne – dla ludzi inteligentnych, ciekawych świata, o bogatej wyobraźni, szerokich zainteresowaniach. Książka nie tylko stanowi wyśmienitą rozrywkę w chłodne jesienne wieczory, ale też rozwija intelektualnie, wzbogaca słownictwo, ma wpływ na elokwencję, błyskotliwość, poczucie humoru. Nieraz wystarczy chwila rozmowy z drugim człowiekiem i już wiesz, że stuprocentowo nie czyta wcale, bo zamiast mówić, koleś wymiotuje językiem polskim. Obrzydliwie, świętokradczo, ordynarnie. Występuje ścisła zależność pomiędzy niechęcią do lektury, a zasobnością w punkty IQ.

Ja czytam nałogowo-maniakalnie. Wszystko, co mi wpadnie w ręce, o ile nie mam chwilowo dostępu do ambitniejszej lektury (a dbam o to, by mieć). Skład na etykietach kosmetyków pod prysznicem. Plakaty w autobusach. Zawsze mam świeżą gazetę w kiblu. Sranie bez czytania to marnowanie czasu i życia. Na książki i czasopisma wydaję sumy tylko trochę mniejsze niż na kosmetyki i ciuchy razem wzięte licząc w skali roku. Kindle to jest jedna z rzeczy bez których nie wychodzę z domu, tak samo podstawowa i niezbędna do przeżycia jak portfel i komórka, jak czyste majtki na dupie.

Lubię ludzi, którzy lubią czytać. Nie ważne co. Romanse, horrory, przygodówki, poradniki, fantastykę, kryminały. I zawsze pytam o ciekawe książki, które zechcieliby polecić. Bo moja top lista książkowa jest eklektyczna pod względem tematów, formy, gatunku, jest na niej miejsce na wszystko, od Hobbita po teorię gier kapitalnie opisaną na podstawie świata polskich aresztów w Grach Więziennych. Kocham Sapkowskiego i Kapuścińskiego, Marqueza, Orwella, Martina, Musierowicz, kocham nawet panią Rowling, Sienkiewicza, Mickiewicza i Masłowską – wszystkich tak samo, po równo – szalenie. Kocham, bez względu na to, czy  wydali jedno arcydzieło, czy cały dorobek twórczy to szereg prawdziwych skarbów.

Mam swoich faworytów jeśli chodzi o prasę. Kupuję każdy numer, potem składuję stosy makulatury w ciemnych zakamarkach mieszkania. Mam ulubionych blogerów i robię generalny przegląd ich twórczości przynajmniej raz w tygodniu. Książki pochłaniam masowo – kilkanaście miesięcznie to jest mój standard. Do poduszki słucham audiobooków i bez tego nie jestem w stanie zasnąć, brak słowa czytanego zaburza mój życiowy rytm i frustruje, niepokoi, rodzi wewnętrzny głód.

Gdy pytam nowo poznanych ludzi o ich preferencje literackie i ze zgrozą odkrywam, że takowych nie posiadają – milknę zmieszana, z politowaniem kiwam głową, a w myślach doliczam im minus tryliard punktów do zajebistości. Bo zajebiści są ci, co czytają. Reszta to debile, matoły o sflaczałych mózgach.

Inna sprawa, że szkoła zabija w dzieciach chęć do czytania. Nawet nie dlatego, że dobór lektur jest sztampowy, a propozycje nieciekawe, niedostosowane do wieku i zainteresowań uczniów, bo szkoła ogólnie jest do nich niedostosowana, literatura tu nie jest żadnym wyjątkiem. Chodzi o nawał, o prawdziwy zalew lektur szkolnych gdzieś w okolicach gimnazjum, które dzieciak musi przeczytać. A nic, co robione pod przymusem i presją czasu nie przynosi przyjemności, a daje nieprzyjemność właśnie. I w mózgach dzieci tworzy się owa zależność, odruch warunkowy, że je od książek zwyczajnie odrzuca. Czytanie staje się katorgą, z omawianiem tych lektur na lekcjach jest jeszcze gorzej – bo nie ma tu miejsca na indywidualną interpretację, na osobiste refleksje i odczucia, jest tylko jeden właściwy i prawdziwy klucz interpretacji, wedle którego trzeba książkę rozumieć. Znam sytuacje, gdzie ci, co zapoznali się z samym tylko opracowaniem osiągali na zajęciach lekcyjnych wyniki lepsze, od tych co długie godziny czasu wolnego spędzali z książką w ręku. Bo opracowanie zawiera klucz. Zaś dobra książka jest otwarta na interpretacje i w żadnym kluczu się nie zmieści.

To, co szkoła w dzieciach niszczy, rodzice powinni w pocie czoła odbudowywać i pielęgnować. Tak też się dzieje – to znajduje odzwierciedlenie w przytoczonym na początku raporcie – dzieci czytających rodziców także sięgają po książki. Bo potomstwo to nie tylko kopia genetyczna rodziców, to także kopia ich stylu życia – a książki to coś więcej niż rodzaj rozrywki, to jest styl życia właśnie.

O gustach się nie dyskutuje – zwłaszcza na tym polu. Nie jest siarą czytać Zmierzch i być zachwyconym, ani z ekscytacją sięgać po Pięćdziesiąt Twarzy Grey’a. Siarą jest nie czytać w ogóle. Siarą jest nie mieć bladego pojęcia o literaturze, wzruszać ramionami i nawet nie wstydzić się za siebie i swoją marność.

W komentarzu zostaw tytuł ulubionej książki. A jak nie masz, bo nie czytasz to oszczędź sobie mojej pogardy, po cichutku wyjdź i wróć, jak już odwiedzisz bibliotekę.

,
23 comments on “Czytajcie książki!
  1. Co dziesiąty Polak przeczytał przynajmniej siedem książek? Brawo dla co dziesiątego Polaka. Ja siedem przeczytałam w ostatnie 3 miesiące. Masłowska- Kochanie zabiłam nasze koty, Chutnik – Cwaniary, Tołstoj – Anna Karenina, Porczyńska – Wada wymowy, Pilch – Wiele demonów, Mick – biografia Jaggera autora nie pamiętam, Chutnik – Mama ma zawsze racje, teraz czytam Chutnik – Kieszonkowy atlas kobiet. Czytam, wchłaniam, daję przykład córce;) , której też czytam i czytałam nawet jak była bobasem na cycu i kompletnie nie rozumiała, co do niej mówię, wtedy miałam ten komfort, że mogłam czytać jej swoje książki, a nie historie o szczeniaczkach;) Czytam tyle, chociaż mam pod opieką czterolatkę, dom, swoje pisanie. Ale idę na plac zabaw, córka bawi się z koleżankami, a ja siadam na ławce i czytam, nie rozumiem rodziców którzy siedzą bezczynnie na ławce po drugiej stronie placu i tylko patrzą na zegarek i liczą czas, który tracą na tym placu, a ja mam poczucie, że ten czas cudownie wykorzystuje. Jasne, ze jak nie ma dzieci, bawię się z córką, ale jak są, nie widzę powodu, żeby nie wykorzystać czasu dla siebie, danego mi przez te dzieciaki w piaskownicy i tylko od czasu muszę zjeść jakieś ciasto błotniste, kotleta, czy piaskowego loda. A tak mogę czytać, rozkoszować się tą chwilą.
    Ze szkołą masz rację, szkoła zabija radość czytania, odbiera sens. Rozmawiałam o tym ze swoją trzynastoletnią siostrzenicą, która nie chce czytać, powiedziała: „wiesz, jeśli coś przeczytam, dostaję tróję, jeśli przeczytam w necie streszczenie, dostaję piątkę, to co mi się bardziej opłaca?” Teraz jest w trzeciej gimnazjum i wciąż jedzie na brykach.
    Prosiłaś, żeby w komentarzu zostawić tytuł ulubionej książki, ja zostawiłam dużo więcej tytułów, ale to z racji gadulstwa (może od tego czytania). Ulubiona, hmm, udaje że się zastanawiam, ponad wszystkie inne kocham Mistrza i Małgorzatę, czytałam ją kilka razy i za każdym znajduję coś nowego, co mnie zachwyca. Na drugim miejscu Anna Karenina, cóż nasuwa się wniosek, że jestem wielbicielką literatury rosyjskiej i tyle o mnie:)
    Pozdrawiam

  2. Nie musisz mówić, że czytasz – po języku jakiego używasz da się to wyczuć.
    Ulubione książki:
    Paulo Coelho – „Być jak płynąca rzeka”
    Jacek Inglot – „Porwanie Sabinek” (książka zachwyciła mnie przesłaniem)

  3. Mnie również przeraża fakt, o którym wspomniałaś. Jak jeszcze nie dziwi mnie, że przysłowiowy „chłop” nie sięgnie po książkę (bo nie od dziś wiadomo, że żeby spełniać potrzeby wyższe należy zaspokoić niższe – a jak on ma myśleć o kaczkach, grządkach i wyżywieniu 15 dzieciaków, to gdzie mu w głowie miejsce na Platona?), tak nie rozumiem dlaczego młodzi ludzie, względnie wykształceni, z wielkich i większych miast nie sięgają po słowo pisane. Po prostu nie rozumiem.
    U mnie aktualnie przy łóżku Łysiak – Perfidia i Orwell – 1984. Zdecydowanie ulubione: Nieznośna lekkość bytu, Mały książę i Kwiat kalafiora.

  4. Ulubiona książka? W obecnej chwili Pieśń lodu i ognia :)
    Uwielbiam czytać w każdej wolnej chwili i nie wyobrażam sobie, jak ktoś przez cały rok może nie przeczytać chociaż jednej! To smutne i przerażające – więc nie dziwimy się, że nasze społeczeństwo staje się tępe i opóźnione.

  5. Nie mogę się zgodzić, że to szkoła zabija chęć czytania u młodzieży. Jestem teraz w pierwszej klasie liceum i muszę stwierdzić, że w gimnazjum było niezbyt wiele lektur. Można powiedzieć, że (jak dla mnie) było ich za mało. Przykry jest tylko sposób ich omawiania. Wałkowanie na wszystkie możliwe strony tego, co wydaje się być zupełnie oczywiste. Niechęć do czytania bierze się z tego… że już jest. To zależy po prostu od człowieka, czy ma chęć sięgnąć po książkę, czy nie. Nie sądzę, żeby szkoła (czy nawet rodzice) byli w stanie zwiększyć znacząco procent czytających osób. Nie ważne, czego by nie proponować niektórym osobom, sam fakt rozszyfrowywania tekstu już ich całkowicie zniechęca do książek.
    Nie zgodzę się także, że tylko osoby inteligentne czytają, a te nieczytające muszą być intelektualną breją. Przetoczę tutaj przykład szlachciców, którzy kupowali i czytali książki, bo te były drogie i „ĘĄ”. I co z tego, że przeczytali coś Dostojewskiego czy Platona, skoro i tak zupełnie nic z tego nie wynieśli, a lektura była dla nich mordęgą? A to, że będą się mogli chwalić w towarzystwie, jacy to oni są kulturalni i oświeceni. To samo tyczy się takich „prestiżowych” rozrywek jak teatr, filharmonia czy wszelkiego rodzaju galerie.
    Znam także osoby inteligentne, które nie czytają. Owszem, potwierdzam, nie spotkałem osoby elokwentnej pomimo jej niezainteresowania czytelnictwem. Takich zapewne nie ma. Tak na marginesie, ja też w rozmowie bezpośredniej nie jestem nadzwyczajnie elokwentny i nie rzucam błyskotliwymi uwagami jak z rękawa, chociaż czytam dosyć sporo. Nie można robić z czytania czegoś snobistycznego, dla „elit”, bo to właśnie prowadzi do tego, że czytać będą tylko idioci w garniturach.
    Niechęć do czytania bierze się zapewne z niechęci do poznania świata. U mnie w gimnazjum poza mną czytała tylko jedna osoba i to było widać. Reszta nie miała najmniejszej ochoty dowiedzieć się niczego o świecie, ani tym bardziej zmuszać się do jakichś głębszych refleksji niż te z Facebooka.
    Pewnie wynika jeszcze z tego, że (nie ukrywajmy) większość polskiego narodu ma za nic jakiekolwiek wartości intelektualne. Mało kto dąży do jakiegoś duchowego (nie mówię tu o religijnej indoktrynacji…) rozwoju. Smutne to, ale prawdziwe.

    Z ulubionych książek mogę podać „Diunę” Franka Herberta (jeszcze nie skończyłem, jestem właśnie na 4. tomie), oraz „Wilka Stepowego” Hermana Hessego. ;)

  6. Uczęszczam do III klasy gimnazjum i szkoła nie zabiła we mnie palącej chęci do sięgnięcia po dobrą książkę. Zgadzam się w całej rozciągłości odnośnie jednego zbitego schematu opracowania lektury, oraz jednej interpretacji jaką poda nam na tacy polonista. Teraz jako lekturę przeczytałam „Dziewczynę z pomarańczami”, piękna aczkolwiek specyficzna książka o miłości, przemijaniu, relacjach międzyludzkich, najprościej ujmując o życiu. Moi rodzice nie czytają, a ja pochłaniam książeczki jak świeże bułeczki. ;)

    Ostatnio czytałam wcześniej wspomnianą „Dziewczynę z pomarańczami” i „Doulę”, gorąco polecam. ;)

    Moja ulubiona, na pewno „Mały Książę” i „Oskar i pani Róża”, jak dla mnie absolutnie wyjątkowe i ponadczasowe książki. ;)

    Rewelacyjny blog, lekkość w słowie sprawia, że nawet nie wiem kiedy dochodzę do końca notki. Poruszane tematy są cały czas aktualne i ciekawie przedstawione. Ja też jestem molem książkowym, ten kto czyta ten żyje podwójnie. ;) Pozdrawiam i zapraszam na mojego bloga. :)

  7. Kocham czytać i po prostu nie wyobrażam sobie życia bez prasy, bez literatury, bez cudnego zapachu książek i relaksu, jaki mi dają. Może nie istnieć alkohol, może nie być na świecie papierosów i innych używek, ale książki nie mogą nie istnieć! To byłby scenariusz z piekła rodem.

    Nie wierzę, że aż tak źle jest z naszym czytaniem. Ciężko to zrozumieć, ciężko zaakceptować. Tylko 11% przeczytało więcej niż siedem książek? Naprawdę?! Powiedz, że to jakiś kiepski żart. Ja zazwyczaj w ciągu jednego miesiąca czytam niewiele mniej…

    Tytuły książek, które zapadły mi w pamięć i zrobiły na mnie spore wrażenie:
    „Życie przed sobą”, „Zaułek łgarza”, „Nieznośna lekkość bytu”, „Zbrodnia i kara”, „Germinal”, „Chłopiec w pasiastej piżamie”, „W tym życiu albo w przyszłym”, „Dziecko zwane niczym, czyli dziecięca wola przetrwania”, „Dżuma”, „Corrag” S. Fletcher [zdaje się, że nie została przetłumaczona na polski]…

  8. :-) Uwielbiam książki i wszystko co jest z czytaniem związane. Mam swoje ulubione, do których wracam po kilka razy m.in. „Władca Pierścieni” wraz z „Hobbitem”, „Kwiat Pustyni”, „Sekret”. Ostatnio zaczęłam czytać „Nowe przygody Mikołajka”. Wieczór, kilka świec, cisza, ulubiona książka albo ta przez przypadek odkryta :-). Pełny relaks. Polecam :-) PS: Nie znoszę jak ludzie wyrzucają książki nawet szkolne – dosłownie szlag mnie trafia. Marzy mi się w domu biblioteka na całą ścianę i wiem, że wcześniej czy później będę ją mieć. Pozdrawiam.

  9. Czytam. Ulubione blogi też. Przeglądam ten i się podbudowuję. Oraz głowię, jak się zrehabilitować za tamto w czambuł… Poniosły emocje, prawie jak przed podróżą.
    Ale wracając do meritum. Do lektur licealnych (czyli głównie klasyki) wróciłam po szkole, chciałam nareszcie przemyśleć nie pod dyktando. Wiele autentycznie pokochałam, Dostojewskiego szanuję i nadal nie trawię. Jakoś jego pokręcona słowiańska dusza do mojej równie pokręconej nie chce przemówić. I dobrze. W zamian mam całe rzędy takich, które mnie wzruszały, zachwycały, unosiły. Niedawno połączyłam w domu dwa pokoiki, by zaaranżować właściwe miejsce dla tych swoich miłości. Wracam do nich raz na jakiś czas. Oczywiście pojawiają się nowe fascynacje, najdziwniejsze, czasem prawie się wykluczające, różne w zależności od pory roku czy dnia, czasu życia, stanu duszy. Co aktualnie trzymam na blacie? Akurat nic, od czego bym fruwała. ale nie szkodzi, doczekam się. Od przyjaciółki dostałam „Bikini” Wiśniewskiego – nie rozczarowałam się i to już dobrze. Spojrzałam na wojnę oczami niemieckiej dziewczyny i dziwne mi z tym było. W międzyczasie trawię J.K. Rowling „Trafny wybór” – kobyłę, która noga za nogą niesie mnie czwarty tydzień. W trakcie odbiegam do innych pozycji. Jak Mariusza Szczygła „Zrób sobie raj” – dla mnie idealny przed drzemką. Poza tym Zygmunta Miłoszewskiego „Bezcenny” – thriller taki sobie, czytywałam cenniejsze. I ażeby w temacie – Erica Spindler i jej „Pętla” – właśnie jestem w połowie i czasem mam dosyć. Czekam na coś szczególnego, co ukaże się pod koniec miesiąca.
    Tak, podobnie jak ty, nie umiem przyjaźnić się z tymi, którzy nie czytają. Nie ten poziom wrażliwości. Bo ta ich babska kuchenno – plotkarsko – szmateksowa tematyka nudzi mnie po 15 minutach. Brak punktów stycznych i tyle.
    Pozdrawiam B

  10. Teraz „Dziewczyny z Shanghaju” Lisy See
    wcześniej „Pra” Ludwiki Włodek (Suuuuper)
    wcześniej „Winnica w Toskanii” Ferenca Mate
    wcześniej…

  11. Pisze Pani, że nieczytający „koleś wymiotuje językiem polskim”. Pierwszy raz czytam tego bloga i chyba ostatni, bo „bekanie” językiem polskim jest tu nagminne.
    A aktualnie czytam „Annę Kareninę”, polecam.

  12. Z tym czytaniem książek w naszym kraju jest naprawdę duży problem. Sporo ludzi młodych, młodzieży w ogóle nie czyta, uznając to za obciach, co jest dla mnie rzeczą niewiarygodną. Poza tym rozmawiając z młodymi ludźmi często słyszę, że szkoda im czasu na ślęczenie nad książkami… Przykre, oj przykre.

  13. Swieta prawda!
    Ja przeczytalam ‚Sekret’ banalna ksiazka ktora naprawde zmienila moje zycie. Najlepsze jest to ze wszystko o czym pomyslalam sprawdzilo sie, teraz tylko czekam az wygram w Euromillion. lol;)

  14. Skąd pochodzą takie dane? Jeśli z bibliotek, to są one fałszywe. Jestem w stanie uwierzyć, że są ludzie, którzy nigdy nie czytają, ale tylu ludzi widzę codziennie z książką w autobusach, metrze itp. , że takie informacje są dla mnie nieprawdopodobne.
    Ja przez lata nie wypożyczyłam książki, ale to wcale nie oznaczało, że nie czytałam. (Kupowałam książki, pożyczałam od znajomych). Mieszkałam przez 10 lat w mieście pod Wa-wą, gdzie brak meldunku był przeszkodą w zapisaniu się do biblioteki. W rodzinnej wiosce bywałam 3 razy w roku, więc nie było sensu czegokolwiek wypożyczać, no chyba, że w wakacje.
    Teraz mieszkam w Warszawie, gdzie bez meldunku mogłam się zapisać do biblioteki. Czytam minimum 4 książki miesięcznie, może to nie jest jakiś super wynik, chciałabym czytać więcej, ale cóż poradzić? W autobusie czytam tradycyjne książki, idę piechotą trzy przystanki, więc po drodze słucham audiobooka. W pracy od nudy ratują mnie e-booki. Kocham książki!
    A ulubiona? Jest i tyle, że nie sposób żadnej tak nazwać. 3 ukochane: „Martin Eden”, „Dom dzienny, dom nocny”, „Lolita”, ale w wydaniu PIW z obszernymi przypisami. Uwielbiam książki sióstr Bronte, choć nie wszystkie tak rewelacyjne jak „Wichrowe wzórza” czy „Jane Eyere”. Mm nadzieję,że kiedyś będę mogła przeczytać wiersze Emily w języku polskim.

  15. Jakiś czas temu, w jednym z numerów Metro, które czytałam z nudów w drodze do pracy, był artykuł i statystyki odnośnie czytania właśnie i tak trochę poczułam się jak debil.
    Przyznaję się, że nie lubię czytać. A raczej nie lubiłam. Nie potrafiłam skupić się na czytaniu, w kółko wracałam do tych samych linijek, w głowie mieląc to, co wydarzyło się w dniu dzisiejszym. Nauczyłam się czytania odkąd wpadła mi w ręce Beata Pawlikowska. Grube, pachnące farbą drukarską książki, z ładnymi fotografiami autorki, spowodowały, że coraz później chodzę spać. Interesuje mnie tematyka, podróże nie są mi obce, a sposób w jaki Beata opisuje swoje przygody wciągnął mnie na maxa.
    Także zaczęłam słuchać audiobooków przed snem. Po raz trzeci odsłuchuję genialnego „Lesia” Chmielewskiej czy „Klarę” Izy Kuny. Poza tym lubię też bajki. „Dzieci z Bulerbyn” (czyt. Irena Kwiatkowska) i „Karolcia” (Maria Seweryn).
    Może będą ze mnie jeszcze ludzie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • RSS
  • Twitter
  • Facebook