Tunezja – wczasy dla ludzi o mocnych nerwach

Kto raz był w Afryce ten wie, że pierwsze wrażenie jest przytłaczające. Kurz, zaduch, chaos, brud, słodkawy odór zgnilizny wymieszany z zapachem kanału. I oczy. Mnóstwo oczu, napastujących spojrzeniem. Oczy lustrujące, nachalne, śledzące w napięciu każdy twój krok – szczególnie, gdy jesteś białą blondynką.

Takie właśnie było moje pierwsze odczucie – jeszcze na lotnisku w Tunisie, świeżo po wystawieniu nogi za próg samolotu. Czułam się odurzona pokrzykiwaniami, bałaganem i tym okropnym, oblepiającym zapachem. Pierwszy dzień minął mi w totalnie odrealnionym poczuciu, że zewsząd napiera na mnie syf. Lotniskowy kibel, bus do hotelu, główne ulice Sousse – wszystko to, a i wiele innych rzeczy znacznie odbiega od mojego poczucia już nawet nie estetyki, ale zwykłej higieny. I o ile szok kulturowy mija mi dość szybko – spojrzenia tubylców stają mi się obojętne, śmiechem reaguję na ceny proponowane przez handlarzy, na zaczepki i próby przehandlowania mnie samej za stado wielbłądów; to z szokiem higienicznym radzę sobie gorzej – zapuszczone kible, bez papieru, mydła, a czasem i bieżącej wody. Hałdy śmieci leżące spokojnie na ulicach, kompletnie ignorowane przez przychodniów. Brudni są nawet ludzie – utytłane koszule, niedoczyszczone paznokcie, resztki posiłku wplątane w długie arabskie brody. Ale nie tylko poczucie ładu i porządku jest w Tunezji dalekie od europejskich wyobrażeń.

Inne jest także poczucie uczciwości. Tutaj dla każdego jestem bogatą frajerką. W Europie, ja Polka, jestem biedakiem ze Wschodu, tu zaś reprezentuję Zachód – bogactwo. Każdy chce uszczknąć trochę z mojego portfela. Na targach i w taksówkach ceny dla mnie są zawyżone. Kilkunastokrotnie. W sklepach kasjerzy źle wydają resztę, myląc się na swoją korzyść o kilka dinarów, licząc zapewne, że nieobeznana z nominałami monet nie zauważę różnicy. Szybko uczę się sztuki targowania, która jest niejako zwyczajem narodowym w tym dziwnym kraju. Wisiorek wyceniony na 120 udaje mi się kupić za 30. Jestem z siebie dumna, dopóki nie zdaję sobie sprawy z faktu, że normalna cena takiej biżuterii wynosi 15 dinarów. Później jestem już nieco ostrożniejsza i nie daję się tak łatwo robić w balona, ale i tak wrażenie, że każdy chce mnie oskubać towarzyszy mi cały czas. Bo tutaj wzięcie zapłaty kilkukrotnie wyższej niż normalna nie jest traktowane jako oszustwo, to jest zwykły spryt. Podobnie żebractwo – nie jest niczym upadlającym człowieka, tylko właśnie sprytnym sposobem pozyskiwania dodatkowej gotówki od turystów. Małe dzieci podbiegają na ulicy, wyciągają swoje małe, słodkie rączki prosząc o pieniądze. Sprzedawcy błagają, żebyś wszedł do sklepu, sugerując, że kupnem przedmiotu którego wcale nie chcesz, za cenę, która jest stanowczo za wysoka, wspomożesz ich ubogi los. Podczas dokonywania transakcji natarczywie pytają, czy mogą resztę oddać dzieciom. Na każdym kroku obsługa upomina się o napiwki, nawet kosmetyczka w spa, podczas peelingu trajkocze mi nad uchem, że chciałaby dostać tip, opowiadając przy okazji, że jej mąż pije, a ona sama utrzymuje czwórkę dzieci. Wiesz, że wszyscy robią cię w konia, ale albo dajesz i wiesz, że jesteś frajerem, albo nie dajesz i czujesz się jak skurwiel.

Innym narodowym zwyczajem Tunezyjczyków jest palenie. Nie tylko sziszy, która jest podawana w większości kawiarni w różnych wariantach smakowych. Dosłownie wszyscy palą papierosy. Wszędzie. Po hotelowych korytarzach sprzątaczki przemykają ze szlugiem w ustach, kierowca popala wioząc nas busem do hotelu, pali barman nalewając mi drinka. Pali się w restauracjach, kawiarniach, na lotniskach, w kiblach, w galeriach sztuki. To kraj spowity dymem i nie-palaczowi  będzie dość trudno w tych warunkach wytrzymać. Gdy w restauracji proszę o stolik w non smoking area kelner patrzy na mnie jak na nienormalną. Tu takich cudów nie ma.

Mimo wszystko, Tunezja potrafi zauroczyć. Piękne, piaszczyste plaże, lazurowa woda, orientalny klimat targowisk na medynach, monumentalne budowle meczetów – to wszystko robi oszałamiające wrażenie. Uciekam z tych części miasta, które stanowią fasadę europejskości przygotowaną specjalnie dla turystów – włoskie restauracje, francuskie wina, pamiątki made in china. Gdy tylko oddalam się nieco od wybrzeża i głębiej zapuszczam w plątaninę ciasnych targowych uliczek czuję klimat tego miasta. Tu sprzedaje się orientalne przyprawy, ubrania szyte na arabską modłę, zdobioną arabeskami ceramikę, przedmioty strugane z drzewa oliwnego.

Udaje mi się odnaleźć targ spożywczy. Świeże ryby i owoce morza, ośmiornice jeszcze poruszające mackami, stosy warzyw i owoców, tutejsze wypieki, świeże daktyle, ogromne bryły nugatu. To targ dla tubylców, turyści wolą barykadować się w hotelowych knajpkach. Próbuję placków chlebowych z kaszy i zakochuję się od razu. Kupuję daktyle, o smaku jak może się nam tylko śnić w Europie, pachnące słońcem i słodkie jak diabli. I mandarynki – świeże, soczyste, słodkie, choć z wierzchu skórka nie wygląda zachęcająco i jestem przekonana, że na półce w hipermarkecie nie miały by szans. Sprzedawca podaje mi połówkę do spróbowania i ten smak przebija wszystko, co można by dostać w Anglii pod hasłem „mandarynka”.

Spotykam też kanjpkę dla miejscowych – dwie ogromne płyty grzewcze ustawione wprost na chodniku. Na jednej ogromny gar tłuszczu. Frytki domowej roboty skwierczą w nim wesoło rumieniąc się na złoto-brązowy kolor. Na drugiej smażą się jajka sadzone doprawione tutejszymi przyprawami, placki zbożowe, grzeją się już gotowe zawijasy tutejszej wariacji na temat shoarmy. Kilka plastikowych krzeseł rozstawionych wokół stanowią namiastkę przytulnego wnętrza. Miejscowi jedzą w skupieniu, dzieci wesoło pokrzykują, nie ma serwetek, sztućców, ketchupu na stołach. Wszyscy przyglądają mi się ciekawie, gdy zamawiam placek tłumacząc kucharzowi na wpół po anielsku, a więcej na migi, że chcę bez mięsa. Dostaję ogromny zawijas wypełniony świeżymi warzywami, frytkami, sadzonym jajkiem i harissą – piekielnie pikantną pastą z papryki i pomidorów. Mimo, że stołowałam się w najdroższych restauracjach w Sousse, ten orientalny przysmak jest najlepszym, co jadłam w Tunezji.

To jest dość łagodna wersja tutejszej, typowo tubylczej restauracji, o czym dane mi jest się przekonać, gdy wyjeżdżam w głąb Sahary. Im bardziej oddalam się od wybrzeża tym bardziej przekonuję się, że prawdziwa Afryka zaczyna się tam, gdzie kończy infrastruktura przeznaczona dla przyjezdnych. Tu knajpy bardziej przypominają przystankowe wiaty zbudowane z drewnianych pali i blachy falistej. Tusze mięsa podczepione na hakach dyndają smętnie ociekając z krwi. Kolejne partie obiadu jeszcze beczą na tyłach garkuchni, oczekując w nieświadomości swojej kolejki pójścia pod nóż. Miejscowi wybierają kawał baraniny, który trafia na prowizoryczny grill. Tam już nikt nie rozumie, że można być wegetarianinem. Tam posiłek oznacza życie i nikt, prócz białych turystek nie waży się wybrzydzać przy jedzeniu.

O podróży na Saharę będzie jednak osobna notka :)


20 comments on “Tunezja – wczasy dla ludzi o mocnych nerwach
  1. Może i brud i syf, ale na szczęście turysta nie jedzie tam zyć przez nie wiadomo ile tygodni. Na te kilka dni warto pojechać i poczuć jak funkcjonują ludzie na zupełnie innym kontynencie. Pozdrawiam :)

  2. Tych przypraw chyba najbardziej ci zazdroszczę, raj!
    Co do targowania: kom-ple-tnie się do tego nie nadaję, nie umiem, głupio się z tym czuję, w ogóle tego nie czuję.
    Piękne plaże (choć ponoć nie piaszczyste) sa w Chorwacji, czysta woda, wspaniałe widoki.
    A propos jedzenia: to prawda, że najlepsze jest w zwykłych tawernach, knajpach, do których chodzą zwykli ludzie.

    • Tylko tam można spróbować prawdziwego regionalnego jedzenia.

      70 % ogółu lokali gastronomicznych serwuje pizzę i makaron. Nie tylko w Tunezji, ale i w Polsce. Kuchnia włoska jest fantastyczna, szkoda jednak, że powolutku wypiera wszystkie inne.

      • W tych prawdziwych knajpkach dla mieszkańców, zawsze będzie prawidziwe regionelne jedzenie. Tak samo jest u nas. Najlepsze pierogi zjesz albo w barze mlecznym albo w niewielkich domowych sklepikach. W moim mieście była kobieta, która na rynku sprzedawała pierogi i ryby, włanego wyrobu (ryby własnoręcznie oporządzane, patroszone i smażone, gotowane itp). Zbyl i popyt miałą tak wielki, że po 2-3 miesiącach otworzyła malutki sklepik ze swoimi wyrobami. Ten sklepik trzyma się od 5 lat, jedzenie jest przepyszne, nie ma dekoracji, ładnego wnętrza, ale ludzie wiedzą, że tam jest naprawdę domowe jedzenie. A ceny? O wiele niższe niż w niejednej restauracji. I mimo tych paru lat, ona dalej robi to, co robiła wcześniej, nie ulega trendom, robi po swojemu i chwała jej za to. Jeśli kiedyś będziesz w moich stronach, daj znać, podam namiary na ten sklep.

  3. Byłem kiedyś w Tunezji, właśnie w Sousse i bardzo miło wspominam te wakacje.
    Co do targowania się i prób oszukania przez sprzedawców to przynajmniej w odróżnieniu od Polski, można negocjować i kupić towar kilkukrotnie taniej niż sprzedawca proponuje na początku;)
    Pozdrawiam:)

  4. Afryka to pikus. Jezeli chcesz zobaczyc prawdziwy brud i poczuc fetor walacy na kolana polecam Indie. Zwlaszcza Dehli, w tym miescie nie wolno dotykac niczego oprocz siebie. Podroz w moim przypadku po Maroku byla przyjemna i nie skonczyla sie ppzeraniem kilogramow Imodium i odruchami wymiotnymi. Czekam na notke i foty z pustyni. Pozdrawiam.

  5. takie opisy wycieczek winny znaleźć się w podręcznikach dla polskich feministek, które ubolewają i mają do dsypozycji zmywarkę Polar zamiast Siemes jak reszta świata. Takie wycieczki powinny być sponsorowane przez rząd 3RP, taka polska turystka jak dostanie po twarzy od tubylca to od razu przyjaźniej spojrzy na Polaka a polski turysta w USA po szybkim powrocie nie odważy się powiedzieć niczego złego o „umowie śmieciowej”. Warto wyjeżdżać i warto pamiętać że w latach 80-tych 20 wieku w Polsce był ocet i musztarda a dobrobyt przyjeżdżał do Polski z ZSRR i z Ukrainy np w postaci cukierków czekoladowych, telewizorów itd. Polskim turystkom polecam ogląd Arabów , Niemców, Brytyjczyków w realu. To co jest piękne za granicą to przyroda.

  6. Podroze ksztalca, ale wyksztalconych. Tak wiec na drugi raz zamiast jechac na zorganizowane wczasy all inclusive i mauridzic polecam samemu sobie zorganizowac wakacje. Bilet, dobrze zaplanowana trasa, dobry przewodnik i jazda.

  7. Ja swoje ostatnie wakacje w Sousse średnio wspominam, właśnie przez te zaczepki. Miejscowi znają te parę słów po polsku, takich tematycznych, z zakresu rozmówek podstawowych, czyli jak zaczepić, jak poderwać, jak zachęcić do kupna i jak odpowiednio wyzwać człowieka, gdy nie reaguje na powyższe :(

      • polowanie na małą gotówkę to domena Arabów a polowanie na dużą gotówkę to domena ładnych kobiet. Każdy ma swoje tricki a sir Paul Mc Cartney i Phil Collins za kilka miesięcy zabawy zapłacili kilka milionów funtów brytyjskich za iluzję dożywotniego szczęścia w objęciach kobiety. Przykre jest to że jedziesz na wakacje się zrelaksować ale nie możesz przestać się pilnować i nawet robiąc zdjęcie zachodowi słońca musisz się upewnić czy podczas kadrowania ktoś nie ukradnie ci aparatu czy pieniędzy. Ryszard Kapuściński opisywał historie w których musiał się wykupić aby nie stracić życia, Turystki w Indiach załapią się na ostre rżnięcie fiutem/albo maczetą. Zagraniczne bakterie mają wyżerkę na polskich turystach. Jak się wróci w zdrowiu fizycznym i finansowym z takiego wyjazdu to ulga GWARANTOWANA.

        • Trochę to zgorzkniałe, nie sądzisz? To lepiej wcale się już z domu nie ruszać w obawie przed rżnięciem i utratą portfela? A w Polsce to nie gwałcą i nie kradną?

          • źle zrozumiałaś, warto się ruszyć z domu aby docenić to co się ma. Znajoma poleciała aż do Meksyku aby się przekonać że nie było warto a ludzie nie wyjeżdżający poza swój dom/wioskę to koszmar o twarzy wiejskiej baby plotkującej pod krzyżem. Bandzior w Polsce to raczej dres, kaptur, ma twarz zakapiora albo cygański akcent , łatwiej się ochronić. Za granicą nie wiadomo jakie tricki stosują tambylcy i łatwiej paść ofiarą na nieswoim terenie. Phil Collins po każdym rozstaniu z połową majątku pisał dobre utwory. Polecam posłuchać płyty zespołu Camel pt Stationary Traveller. Odlot bez LOT.

  8. Jejku… dla mnie właśnie to pokrzykiwanie, ten upał, te rozbiegane oczy, smród i połowy bydląt wiszące przy ulicy były fascynujące, piękne, ekscytujące i niezapomniane. I ten pył na łydkach i te wysokie krawężniki i wszystko wszystko. Afryka jest dla mnie, znaczy to klimat w którym moja skóra jest w 100% zdrowa, a co za tym idzie sampoczucie mam obłędne. Zazdroszczę wyprawy!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • RSS
  • Twitter
  • Facebook