Tunezja – wyprawa na Saharę

Mam w głowie listę rzeczy, które chciałabym w życiu zrobić. Tak sobie planuję i układam najbliższą przyszłość, by lista była konsekwentnie aktualizowana, by co roku móc z niej jakiś punkt wykreślić. Był już spacer zaułkami Wenecji, była wizyta na wulkanie, była kąpiel w Atlantyku, było wiele innych przedsięwzięć zakończonych sukcesem. W tym roku, rzutem na taśmę, udało mi się zrealizować kolejne marzenie podróżnicze – obejrzeć wschód słońca na Saharze.

Nie spodziewałam się jednak, że Sahara, przynajmniej w Tunezji, ma do zaoferowania tyle atrakcji. I nie chodzi mi o przejażdżkę wielbłądem, bardziej o niesamowitą różnorodność z zakresu bogactwa naturalnego oraz architektury.

Ale opowiem od początku.

Nasz przewodnik mówił po angielsku o tyle, o ile nauczył się dwudniowego przemówienia opisującego historię i specyfikę mijanych terenów. Gdy pytam gdzie konkretnie pojedziemy nazajutrz kiwał tylko głową uśmiechając się i powtarzając bez końca „ok, ok”. Tunezja jest chyba jedynym arabskim krajem, w którym kobieta ma szansę dostąpić zaszczytu odwiedzenia meczetu, nawet gdy nie jest muzułmanką. I nasza wyprawa zaczyna się właśnie od wizyty w meczenie w mieście Kairouan. Słuchając opowieści przewodnika i plącząc się po zakamarkach świątyni mam dość ambiwalentne odczucia. Arabeski i kolumnady robią monumentalne wrażenie, ale zwyczaje, o których opowiadał przewodnik przyprawiały mnie o uśmiech politowania. Powoływanie się na Allaha, by usprawiedliwiać skrajny w tych rejonach świata szowinizm jakoś do mnie nie przemawia.

Jednakże Tunezja ma w swoich skarbach narodowych daleko więcej do pokazania, niźli jedynie budowle arabskich świątyń. Przez stosunkowo długi okres tereny te ulegały wpływom kultury rzymskiej i coś niecoś z tego okresu zachowało się, by teraz ściągać turystów. Ruiny rzymskiego miasta Sufetulia oraz koloseum w El Jem są bardzo dobrze zachowane. Co dziwne – Tunezyjczycy niewiele robią, by tak pozostało. Do obu kompleksów można wejść i eksplorować na własną rękę dosłownie wszystko – od macania spoconymi dłońmi starożytnych kolumn, po deptanie obcasami misternych mozaik. Nie ma gablot, bramek, nie ma nawet oznaczeń, sugerujących delikatne obchodzenie się z zabytkiem. Pod bramą Sufetuli obrotny handlarz próbował dyskretnie sprzedać mi odłamany fragment rzymskiej płaskorzeźby przedstawiający popiersie kobiety. I choć posiadanie takiej perełki kusiło mnie niezmiernie, postanowiłam nie przykładać ręki do tego procederu i niezbyt elegancko kazałam panu spadać.

Najważniejszym punktem wycieczkowym na tunezyjskiej Saharze jest oczywiście Chott El Djerid – ogromny obszar słonego jeziora, które jest jeziorem suchym przez większą część roku. W rzeczywistości to kilometry mokrego piachu wymieszanego z solą i pojedyncze kałuże. W tej scenerii mam przyjemność oglądać saharyjski wschód słońca – przepiękną gamę kolorów rozchodzącą się po niebie, wśród surrealistycznego pustynnego obszaru, który akurat w tej okolicy jest płaski jak patelnia. To sprawia, że widać wszystko jak na dłoni na wiele kilometrów po horyzont, gdzie widok zamykają monumentalne, martwe góry Atlas. Fatamorgany nie doświadczyłam, a ponoć jest to o wschodzie słońca możliwe ze względu na mieniące się w świetle poranka kryształki soli leżące płatami na piachu.

Sahara wyzwala w człowieku różne odczucia, ale prym wśród nich wiedzie bezkres. To jest swego rodzaju doświadczenie duchowe – dostąpić tak ogromnej przestrzeni. I od razu w człowieku drga filozoficzna nuta, po głowie krążą myśli o naturze egzystencjalnej.I ja także przemierzając ponad tysiąc kilometrów pustynnych obszarów zastanawiałam się nad sensem cywilizacji, ekologii, emigracji, szeroko pojętej kultury, ale też ogromnych możliwości adaptacyjnych człowieka.

Inna sprawa, że byłam pustynią bardzo zaskoczona. Bo to nie jest tak, że ona wszędzie wygląda tak samo – hałdy złotego piasku i pojedyncze palemki dla dekoracji. Kierując się z wybrzeża na południe kraju przemierza się cały wachlarz pustynnych widoków. Najpierw pojawia się żółtawy piach. Jedyne, co rośnie w okolicy to wielohektarowe uprawy drzew oliwnych. W Tunezji tyle warta jest twoja ziemia, ile masz na niej drzewek oliwkowych. Drzewka muszą rosnąć w odpowiednich od siebie odległościach, więc żeby upchać w wydzielonej przestrzeni jak najwięcej hodowcy sadzą je w rzędach równych jak od linijki. I tu zaskoczenie. Co znajduje się pomiędzy drzewami? Śmieci. Te sady to w zasadzie ogromne wysypiska. Plastikowe reklamówki hulają wesoło z wiatrem, niektóre zaczepione o gałęzie drzew powiewają dumnie jak flagi. I ten widok mi na jakiś czas skutecznie obrzydził oliwki, bo nikt mi nie wmówi, że owoce drzewa obłożonego hałdami śmieci to owoce ekologicznie dopuszczalne.

Przemierzamy kilkadziesiąt kilometrów i gaje oliwne znikają całkowicie z pola widzenia. Gdzieniegdzie rosną palmy, jakieś anemiczne krzaczki o ubogim listowiu, kaktusy. Przy szosie, piaszczystym poboczem jeżdżą prowizoryczne wozy ciągnięte przez osiołki, dzieci prowadzą stada kóz, kobiety szczelnie otulone chustami i pelerynami noszą ogromne kosze. Raz po raz mijamy stacje benzynowe – spore beczki z benzyną na stojakach, do których przyczepione są gumowe rurki. Bieda już nawet nie piszczy, tylko wije się w agonalnym jęku. Czuję się trochę, jakbym mimochodem uprawiała bieda-turystykę. Jest mi nieswojo i głupio, że uzbrojona w drogi sprzęt, w markowych ciuchach, w biżuterii z prawdziwym diamentem podglądam tych ludzi w codziennych zmaganiach ze skrajnym ubóstwem. Zastanawiam się ile pieniędzy by dostali, za to tylko co mam upakowane w malutkiej walizeczce, ile spokojniejszych dni mogliby przeżyć, ile zjeść obiadów… I trafia mnie poczucie winy, że mam tak wiele, a tak mało jestem za to wdzięczna losowi.

Nieco dalej robi się już bardziej piaszczyście. Pojawiają się pierwsze pustynne wydmy na – stelażach z wysuszonych palmowych liści! Przewodnik tłumaczy, że konstrukcje są konieczne, inaczej wywiało by im te wydmy aż w góry.

Tu, w głębi nieprzyjaznego lądu nic nie może się zmarnować. Tubylcy opracowali sposoby wykorzystania palmy do cna, do ostatniej drzazgi. Suche liście palmowe nadają się na budulec. Można zamocować je w płoty, ściany, dachy. Pień plamy także nadaje się do budowy. Kłącza, na których rosną daktyle używa się do wyplatania koszy i mat. A same daktyle wysyła się na eksport.

Celem naszej wyprawy była największa oaza w tej okolicy – Douz. Jakże naiwne okazało się moje wyobrażenie o świecie, gdy przybyliśmy na miejsce. Co pojawia się w waszych myślach na hasło oaza? Mnie się zawsze malował obraz płóciennych namiotów rozbitych pomiędzy kilkoma palmami wokół małego jeziorka pośród wydm pustyni. Kilka zaparkowanych wielbłądów, jakiegoś ognisko, Beduini w białych tunikach. Douz funkcjonuje jak normalne, średniej wielkości miasto we wschodniej Polsce – może wygląda nieco biedniej i egzotyczniej zarazem. Są asfaltowe ulice, ciasne alejki, kawiarnie, sklepy, jeżdżą samochody, ludzie handlują na chodnikach, mężczyźni siedzą na plastikowych krzesełkach na placu targowym i paląc sziszę spokojnie przyglądając się zgiełkowi. Architektura jest specyficzna dla tego regionu. Małe, piętrowe budynki o płaskich dachach wymurowane są żółtą cegłówką. Cegły układa się w specjalny sposób, tak by ich wystające krawędzie tworzyły na powierzchni budynku coś na kształt płaskorzeźby. Budowle są nieco sfatygowane, śmieć wala się gęsto – ale taka już specyfika Tunezji, że naród nie dba o powierzchowność, ani swoją, ani przestrzeni publicznej. Douz, jak każda turystyczna miejscowość w tym kraju, dzieli się na strefę tubylczą, i tą przeznaczoną dla przyjezdnych. Tubylcza i tutaj okazała się biedna i zaniedbana, turystyczna natomiast przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Pięciogwiazdowy hotel na pustyni? No cóż, jest popyt, jest i podaż. Nocowaliśmy w tym hotelu, otoczeni marmurami i wszelkim luksusem, jaki może zagwarantować hotel. Fontanna w atrium, odkryty basen, bogate europejskie menu, ogromne apartamenty. Biorąc długą gorącą kąpiel tej nocy zastanawiałam się jak daleko jeszcze w niedostępne zakątki natury może wedrzeć się cywilizacja. I skąd oni mają do cholery tyle słodkiej wody, żebym ja mogła się teraz spokojnie w niej kąpać?

Drugą, dużo mniejszą oazą, którą odwiedziliśmy jest Touzer – zagłębie daktylowe. Do miasta wjeżdża się przez ogromna bramę w kształcie wielbłąda. Tutaj uprawia się daktyle najlepszej jakości. Jak spojrzeć pod światło, widać w nich pestkę. Oaza ze wszystkich stron otoczona jest lasem palm. Palma daktylowa ma płeć. Niemal wszystkie uprawiane tutaj to plamy żeńskie. Hodowcy sami je zapylają gałązkami pobranymi z drzew męskich. Zbiór daktyli, tak samo jak zbiór oliwek odbywa się wyłączeni za pomocą pracy rąk ludzkich. Nie ma maszyn, nie korzysta się nawet z drabin. Mężczyźni wspinają się na szczyt palmy i podają kiście owoców z rąk do rąk. Touzer utrzymuje się z eksportu daktyli. Nie są przygotowani na turystów, tak jak inne miejscowości na trasie. Tu mamy szansę zobaczyć jak wygląda życie tych ludzi, bez lukru. Jest jeszcze brudniej, biedniej, ciaśniej. Życie toczy się wokół jednej ulicy biegnącej przez osadę. Dzieciaki chodzą boso, kozy plączą się między samochodami, starcy w białych turbanach siedzą na małych stołeczkach patrząc tępo w dal.

Ostatnim z typowo turystycznych miejsc, jakie odwiedzamy jest Matmata w okolicy piaszczystych gór Dżebel. Po dziś dzień żyją tu Berberzy w wydrążonych w ziemi niczym nory domach bez drzwi i okien, budowanych na wzór konstrukcji pozostawionych tu jeszcze przez troglodytów. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Berberzy żyją tu oni już tylko dla nas – turystów. Zwiedzając tradycyjne domostwo berberskie można uczestniczyć w pokazie młócenia mąki za pomocą kamienia lub przygotowywania wełny do tkania dywanów i narzut. Kobiety w ludowych strojach chętnie zapraszają do swoich domów, pozują do zdjęć w bezzębnych uśmiechach, pokazują sypialnie, spiżarnie, nawet kible, byleby tylko dostać parę dinarów napiwku.

W okolicach Matmaty zdjęcia do Gwiezdnych Wojen kręcił George Lucas. Dużą część ujęć osadzono w hotelu Sidi Driss, gdzie można dziś nie tylko przespać się lub zjeść obiad w podziemnej budowli, lecz także obejrzeć ujęcia z filmu i przespacerować się po dziedzińcu, który w filmie stanowił kwaterę główną bohaterów (których? – nie wiem, nigdy nie widziałam żadnego Star Warsa). Tu zatrzymaliśmy się na obiad. Siedząc w niskiej, wydrążonej w ziemi izbie przy długiej drewnianej ławie miałam dziwaczne wrażenie, że przenieśliśmy się w czasie gdzieś w okolice kamienia łupanego. Warunki są więcej niż spartańskie, a to przecież najsłynniejszy hotel na tunezyjskiej pustyni.

Czy jestem zadowolona z tej wyprawy? Nie jestem. Czuję niedosyt. Chciałabym wedrzeć się jeszcze głębiej w pustynię, dotrzeć do zakątków, gdzie jest naprawdę dziewicza, gdzie od ludzkich siedzib dzieliły by mnie setki kilometrów. Ta wyprawa wcale nie wykreśliła Sahary z mojej listy rzeczy do zrobienia. Dodała tylko jej wielokrotność.

12 comments on “Tunezja – wyprawa na Saharę
  1. Szok i niedowierzanie. :))
    Leć @Jagna z aussie w kieszeni na rafę koralową i nie płacz, zapomnisz o biedzie, zrelaksujesz się i napiszesz coś kolorowego i wesołego.

  2. Tunezyjczycy niewiele robią aby zachować zabytki? Sorry, nie da się ich ani zjeść, ani sprzedać – po co się nimi przejmować?
    Chyba nikt nie przewidział też co się stanie jak cały ten chiński, europejski i plastykowy szit zaleje tunezję, a nawet jeśli to nic z tym nie zrobił – i tak potomkowie nomadów mają teraz nowe zjawisko na pustni ! Burze śmieciowe ! Znowu upragniona cywilizacja zaszkodziła. :(

  3. przeżyłaś na Saharze niezapomniane wrażenia optyczne i organoleptyczne z innego świata. Polecam wrażenia akustyczne i przeżycia duchowe słuchając muzyki oferowanej kiedyś w radiowej Trójce przez Tomasza Beksińskiego. To był inny wszechświat.

      • warto konsumować każde piękno, piękno Sahary, piękno muzyki i piękno kobiet, super książki no i coś od Makłowicza. Można mieć coś pięknego nie ruszając się z domu ale ruszyć się z domu warto. Doznania akustyczne nie są alternatywą dla piękna optycznego ale jego uzupełnieniem.

  4. Czytam tak od wczoraj Twojego bloga i muszę stwierdzić jedno – jedna Twoja notka mobilizuje bardziej do życia, niż sto notek na tych wszystkich blogach ”lifestylowych”. Super piszesz. I zazdroszczę podróży. Super zdjęcia :).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • RSS
  • Twitter
  • Facebook