Jesteś tym, co jesz…

food

… a więc znaczna część społeczeństwa to mało apetyczne mieszanki pasztetu, glutaminianu sodu, spulchniacza do wędlin, cukru i nieszczęśliwych świń – pasteryzowane.

Dzisiejsze wywody mogą nieco zalatywać teorią spiskową i chorobą psychiczną piszącego o podłożu maniakalnym, ale za nic mam ludzkie opinie o stanie mego umysłu i zaryzykuję jednak mało apetyczną notkę. O pseudo-jedzeniu.

Kto ma dziadka na wsi i jadł kiedyś prawdziwą wędlinę od prawdziwej świni, która to nie była faszerowana antybiotykiem i hormonem wzrostu ten wie, co to wędlina. Reszta nie wie, tylko myśli, że wie, bo zaopatruje się w twór wędlinopodobny w hipermarkecie po 20 zł za kilogram, który z wędliną prawdziwą ma tylko jedną rzecz wspólną – nazwę. Dziadek nie ostrzykiwał mięsa solanką i spulchniaczami, tylko godził się ze smutną prawdą i zasadami fizyki, że z kilograma mięsa wyjdzie mu 800 gram szynki. Duży producent się nie godzi. Duży producent faszeruje mięsko soją witaminizowaną, barwnikiem, przeciwutleniaczem i całą masą innej niepotrzebnej chemii, żeby mu się z kilograma mięska zrobiło dwa kilo wyrobu, a na koniec poperfumuje swe dzieło zapachem szynki i jest git. Bo głupi lud etykiet nie czyta, nie zorientuje się, że tyrolska to mielonego mięsa 200 gram na kilo mielonki. Dwadzieścia procent.

Jakby tego było mało, te dwadzieścia procent mięsa już w chwili uboju było nafaszerowane chemią. Bo chów przemysłowy nie zna litości, zna tylko wydajność i szelest pieniążka. A opłacalne prosię rośnie błyskawicznie jak ciasto drożdżowe, kilka razy szybciej niż jego przodek sprzed ery hormonu wzrostu.

Może wam się zdawać, że takie rzeczy tylko w Ameryce, że u nas tylko honor, bóg i ojczyzna, a nasze świnie rosną na patriotyzmie, zamiast koktajlu z tablicy Mendelejewa. Tak się składa, że ja mam dziadka na wsi, a mój dziadek ma świnie, które karmi ziemniakami i kupną paszą dla świń. I w sklepie z takimi cudami zawsze się go pytają, czy świnia na sprzedaż, czy na własny stół, bo w drugim wypadku kupuje się odżywkę ekologiczną; droższą co prawda trzy razy, ale świnia nie świeci w nocy.

Uczepiłam się tego mięsa, ale wieprzowina to tylko wierzchołek góry śmieci, które dzień w dzień pakujemy w nasze trzewia nieświadomi, że okaleczamy nasze zdrowie.

Cukier uzależnia. Nie wierzysz? To spróbuj przez tydzień nie jeść cukru. Ale uważaj – czytaj etykiety. Bo cukier wyemigrował z czekolady i herbatników – teraz ciężko już znaleźć produkt bez cukru. Chleb, keczup, jarzynka do zupy, płatki śniadaniowe, parówki i jogurt są dosładzane syropem glukozowo-fruktozowym (to taka bardziej szpanerska nazwa). A po tygodniu bez cukru (o ile wytrzymasz), gdy będziesz dostawał ślinotoku na widok bułek z marmoladą i batonów z karmelem, a w nocy będą ci się śniły pączki możesz mi zarzucić, że nie mam racji – nie jesteś uzależniony.

Pszenica także uzależnia. A konkretniej – uzależnia ów produkt genetycznych eksperymentów jakie na pszenicy przeprowadzono. Zastanawiające jest, że współcześnie hoduje się tylko pszenicę karłowatą, a plon z hektara jest dziesięciokrotnie większy, niż był jeszcze pięćdziesiąt lat temu. Tej pszenicy nie szkodzą kwaśne deszcze, nie straszna jej susza, nawet robactwo nie chce jej żreć. A człowiek zjada i jeszcze się poklepuje po brzusiu, bo tak mu smakowało. Dowiedziono już uzależniających właściwości pszenicy, dowiedziono, że pszenni ludzie zjadają średnio 440 kcal dziennie więcej od bezpszennych, mają wyższy poziom cukru we krwi i chorują na kuriozalną przypadłość zwaną pszennym brzuchem (to taka dolegliwość szczupłych ludzi – ręce i nóżki chude jak patyczki, tylko w pasie są okrągli jak piłeczki).

A zdrowe warzywa i owoce? Jak bardzo są zdrowe po kąpielach w pestycydach i herbicydach, sztucznych nawozach i wosku? Ile jest witamin i minerałów w jagodach wielkości małych winogron, w sałacie, która może tygodniami leżeć w lodówce i nie zdradza oznak rozkładu? W bananie, który zanim trafił na twój stół płynął do ciebie tygodniami z Afryki? Azotany i azotyny stosowane do hodowli warzyw i owoców sprawiają, że nie ma w nich już żadnych wartości odżywczych dla człowieka. Jest piękny zapach i smak, ale witamin już nie. A poczciwy kalafior? Nasz, polski? Przecież musi być zdrowy! Tylko dlaczego pracownicy zatrudnieni przy jego zbiorach przed sezonem mają ręce poparzone chemikaliami?

Stabilizator, poprawiacz smaku, konserwanty, barwniki, aromaty – jesteś w stanie oszacować ile tego spożywasz w ciągu roku? Kilogram, dwa, czy dwadzieścia? Spróbuj zjeść bez tego, a zobaczysz, że od wzmacniaczy smaku też jesteś uzależniony, że bez glutaminianu sodu rosół już nie smakuje.

Spróbuj przestać leczyć dziecko z alergii, a wyeliminować z jego diety kwas sorbowy i bezoesan sodu. Zamiast kolejnego opakowania tabletek na zgagę, sraczkę i wysypkę na dupie spróbuj drogi czytelniku przestać wcinać siarczan sodu i siarczan wapnia. Na ból głowy pomoże odstawienie tartrazyny. Mogłabym ciągnąć tę wyliczankę bez końca – miliony dolegliwości spowodowane niewyobrażalną ilością chemii w jedzeniu, która ma nam to jedzenie zabarwić, dosłodzić, ustabilizować i utrzymać w dobrej formie i świeżości przez miesiące i lata, na wypadek krachu na giełdzie, wojny lub epidemii.

Strach jeść.

Miewam chwile filozoficznej zadumy nad kondycją ludzkiej natury, gdy dreszcz mi przebiega po plecach, jak czytam skład serka waniliowego dla dzieci, jogurciku i paróweczki; jak widzę przy kasie matki z dziećmi, a obok nich na taśmie słodzone soczki, czekoladki, deserki, pasztety w puszkach, tostowy chleb, smarowidła kanapkowe i najtańszą kiełbasę. Wyjść nie mogę z podziwu, że dzieci karmione wzorami chemicznymi nie zdradzają jeszcze oznak mutacji. A potem słyszę od znajomych, że ich dziecko ma tuzin alergii, astmę i cukrzycę, od pół roku zapalenie płuc…

 

P.S. Ostatnio poczęstowałam znajomego jajecznicą z warzywami. Każdy jeden kawałek jedzenia na talerzu był organiczny – od pieczarki, po same jajka, od chleba po masło z awokado. Przyprawiłam ziołami, zamiast jarzynką i solą. Podałam zieloną herbatę z miętą – ta druga z własnej uprawy, dosłodziłam miodem zamiast cukrem. Znajomy zjadł w milczeniu, po czym uraczył mnie rozbrajająco szczerą opinią: może i zdrowe, ale mdłe.

I tak oto zachodzę w głowę, jak to się stało, że obecnie delektowanie się smakiem życia to nic innego jak chętka na glutaminian sodu?

,
21 comments on “Jesteś tym, co jesz…
  1. Kolejny świetny tekst.

    Dodam tylko, że nawet gdybym od jutra chciał jeść ‚zdrowo’, kupować ‚zdrowe’ produkty – nie będzie to możliwe. Teraz wszystko ma w sobie chemię, jak już słusznie zauważyłaś – wszystko dostępne w sklepach uzależnienia. Barwniki, słodziki, polepszacze smaku.

    Pozostaje własna uprawa warzyw i liczenie na to, że przed konsumpcją nie wpieprzą ich wcześniej robaki lub kupowanie po cenach kilkukrotnie wyższych żywności w sklepach ‚eko’. Tam, gdzie tej chemii jest mniej, a produkty nie są ważne przez lata.

    Tyle ode mnie. Dziękuję, pozdrawiam. :)

    • Mam to szczęście, że żywność ekologiczna w Anglii jest łatwo dostępna i nie tak znowu droga. Ekologiczne marchewki i jabłka można bez problemu dostać w każdym supermarkecie i kosztują około 150% ceny swoich „chemicznych” odpowiedników. Chleb można piec samemu, mąkę mielić z ryżu i migdałów w najzwyklejszym młynku do kawy, mleko krowie zamienić na sojowe, na parapecie posadzić szczypiorek, rzodkiewkę i zioła. Niby niewiele, a dużo zdrowiej.

  2. Gdzie kupujesz organiczne jedzenie? I jak dużo za nie płacisz?Podobno można jeśś zdrowo ale to potwornie dużo kosztuje, a nie wszystkich na to stać.
    Pozdrawiam
    PS. Możesz podesłać mi na maila jakieś zdrowe przepisy i tego typu rzeczy, gdzie mogę i jak mogę znaleźć w miarę niedrogie zdrowe produkty?

    • W Anglii zaopatruję się w sieci Holland&Barrett. Wiele produktów można dostać na e-bayu. Część – rzodkiewkę, sałatę, szczypior, rukolę i dynie hoduję sama w ogródku. To samo z ziołami. Piekę też swój chleb, robię mąki z orzechów, planuję kupić sobie wyciskarkę do soków.

      Koszt utrzymania dwóch osób zanim zaczęliśmy się zdrowo odżywiać i już po zmianie diety jest podobny. Zamiast pizzy, mięsa i słodyczy kupuję po prostu siemię lniane, tofu i bakalie. Jemy mniej, mniej wyrzucamy, więc mimo, że kupujemy produkty nieco droższe, nie jesteśmy na finansowym minusie.

      Rewelacyjne przepisy można znaleźć w książkach „Zamień chemię na jedzenie” i „Kuchnia bez pszenicy”.

  3. Masz rację.więcej o tym pisze dr Allen . U mnie podstawą śniadania są płatki owsiane(błonnik), zalane gorącą wodą.Ale najważniejsze są dodatki-żurawina,siemię mielone, szczypta kurkumy i yerba mate, a do smaku szczypta przypraw.
    W jadłospisie powinny znaleźć się 3 rzeczy – żurawina,kurkuma i czosnek. Z czosnkiem trzeba uważać,bo obniża ciśnienie, a żeby nie było go czuć – griluję go na gazie i jest OK. Ale ja nie o tym. Próbuję walczyć,może leczyć dusze ironią i sarkazmem.

  4. Mam takie wrażenie, że jednak stajemy się społeczeństwem coraz bardziej świadomym, pod względem jedzenia. Oczywiście, wędliny, których podstawowym składnikiem jest woda, nadal masowo rozpierają się na półkach sklepowych, ale z roku na rok przybywa miejsc, gdzie można kupić dobre jedzenie od małych producentów.
    A syrop glukozowo-fruktozowy, w przeciwieństwie do cukru pozyskiwanego z buraków i trzciny cukrowej, rozregulowuje gospodarkę insulinową w organiźmie. Jest uznawany za prawdziwego winowajcę epidemii cukrzycy. Ma jedną „zaletę” – jest tani.

  5. kielkowniki.pl – nie robię za reklamę, ale świetnie to wygląda na parapecie, naprawdę polecam…bo sam kupiłem.

  6. Załamałaś mnie opinią kolegi, myślałam, że powie, że nie jadł lepszej jajecznicy w życiu! Sama mam fioła na punkcie zdrowego jedzenia i staram się wybierać to co najlepsze. Jak widzę chorowitków, to już wiem, co jest powodem. Dokładnie tak jak mówisz – w brzuchu chemiczny burdel, potem lekarz, kolejne pieniądze idą na tabsy, ale słyszysz, że zdrowe jedzenie takie drogie! Gówno prawda! Wyrzucając dziadostwo z listy na zakupach, okazuje się, że pieniędzy wydaje się znacznie mniej, a ile na lekach zaoszczędzisz! No, ale co ja tam wiem… Wszystko opada!

  7. Z jednej strony mam wyjebane na to co żre ten durny motłoch, z drugiej brak masowego protestu pozwala na takie obmierzłe praktyki. :(

  8. Myślę, że ludzie uważają, że nie stać ich na zdrową żywność. W dobie kryzysu jak ktoś ma do wyboru zdrow(sz)e pieczywo ciemne za 5 zł za bochenek 250 g oraz zwykłe białe pieczywo za 3 zł za pół kilo, to raczej wybierze ten drugi. Z drugiej strony zwyczajnie się nie znają na zdrowym żywieniu, nie wiedzą, co można, a czego nie powinno się spożywać. Sądzę, że na czym, jak na czym, ale na jedzeniu nie warto oszczędzać. Wolę wydać już te kilka złotych więcej (które i tak mi nie zrobią różnicy) i mieć pewność, że jem coś zdrowszego, lepszego, niż zapychać się chemią.

  9. Nie doczytałam do końca, bo aż strach się bać, co tu człowiek je ;) . Smak takiej wędliny dziadkowej znam, tylko, że u mnie była mamina taka wisząca nad kuchnią, tak się pięknie ususzyła, podchodziło się kroiło, na chlebek maminy, ach jaki to był smak, smak, którego do końca życia nie zapomnę. Sadełko w bochenkach jakie pyszne, mama dodawała do kapusty. Proste potrawy a jakie smaczne. Pozdrawiam serdecznie :)

  10. Świetna notka. Ja też nie mogę zrozumieć tego codziennego zajadania się pseudosokami, batonikami, pasztetami, parówkami, białym pieczywem itd. itd. Raz na jakiś czas jak ktoś lubi – owszem, ale nie dzień w dzień. Gdy np. mamy na studiach dłuższy dzień i jest przerwa, idziemy po coś do jedzenia, ja z reguły kupię owoc, reszta batoniki. Najbardziej jednak dziwią mnie matki karmiące tym syfem swoje dzieci. Podejrzewam, że moja mama też by mnie tym karmiła, tylko moje dzieciństwo przypadło na lata, kiedy jeszcze jedzenie było normalne. Pamiętam, że z czasem, w pewnym momencie ser zaczął być jakiś taki niesmaczny, a szynki śmierdzące itd. To właśnie ten moment, kiedy zaczęły się na masową skalę te procedery. A ile to już osób nazwało mnie nudziarą ze względu na to, że składy czytam… O rany.

    I z tymi owocami to nie do końca tak, że nie mają żadnych witamin. Mają, ale mają też te nieszczęsne dodatki o których wspominasz. Warto myć owoce dokładnie, nawet jeśli nie zjadamy skórki.

    Zawsze można też iść po owoce z upraw ekologicznych tylko że raz, że są kilkakrotnie droższe, dwa, że jeśli kupuję coś z certyfikatem eko np. z Chin to i tak mam wątpliwości, jak przy mojej chińskiej spirulinie, bo już lepsza była taka bez certyfikatu, nie z Chin. Pachniała spiruliną, a nie spiruliną i mydłem zarazem.

    Z tymi wszystkimi dodatkami to też różnie bywa, bo i zdrowe związki dla zdrowia oznacza się ”E coś tam”, jak barwniki karotenoidowe, które mają działanie antynowotworowe, anty-UV, przeciwutleniające itd.

    Pszenica choć może uzależniać, podejrzewam, że chodzi o opiaty, to ma też swoje plusy, jej zarodki i otręby mają sporo błonnika, witamin, minerałów.

    Cóż, najlepiej jest mieć zaufanych rolników, sadowników i od nich kupować. Tylko na przykład w dużym mieście ciężko o to. Przynajmniej dla mnie.

    W każdym razie super notka, pozdrawiam :).

  11. Ha losie dzięki Ci za mojego teścia który sam robi wędliny i kiełbasy z miesa od znajomego gospodarza który świnką daje tylko pasze :D ostatnio się dowiedziałam że w całej Polsce są tylko 3 gospodarstwa które mają ekologiczne wędliny ( w ogóle jak to brzmi że wędlina jest ekologiczna) i a i owszem droższe to jest ale o ile smaczniejsze czujesz że wcinasz mięso a nie glutaminany. Wiesz dlaczego jedzenie które pdoałaś swojemu koledze było mdłe bo je on aż tak przetworzona żywność że nie wie co to prawdziwy smak jedzenia wszystko musi miec kilo soli kucharków czy innych weget a to wcale nie jest smaczne. Dzięki Bogu we Wrocławiu co tydzien jest ekologiczny targ gdzię można zaopatrzyc się w warzywa, prawdziwe miody, oryginalne sery i cała reszte pysznych przypraw bez dodatków :). Dzięki Bogu mieszkam w domku i kawałek ogrodu zaadaptowałam na warzywniak więc posiadam własne warzywa na szczęscie mieszkam zdala od głównych ulic więc moim wrogiem są tylko kwaśne deszcze. Zauważam też jedną ważną rzecz świadomośc ludzi co do tego co jemy wzrasta naszczęście

  12. Bardzo fajny wpis.Sama staram sie zrowo odzywiac,nie stac mnie na ekologiczne rzeczy-a nawet jakby bylo stac to jka mam gwarancje ze one naprawde sa eko?Znaczek z listkiem mi tego nie zagwarantuje.Teraz jest sezon na dynie,wiec robe zupy gulasze-w mojej kuchni nie ma weget,kostek rosolowych itd ale nie zauwazylam mimo to jakiejsc specjanej zmiany w swoim zdrowiu.Problemem sa odwieczne kanapki-bo o ile w domu moge zrobic i zjesc rozne pasty roslinne to jednak facet pracujacy fizycznie nie zje grahamki z pasta z fasoli:P

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • RSS
  • Twitter
  • Facebook