Dyskretny urok przedmiotów – czyli odrobina luksusu jesienią

SAMSUNG CSC

Taki już ze mnie typ człowieka pełnego sprzeczności, że mimo pochwalania kultu pracy i produktywności, ambitnego stawiania sobie celów i innego sratatata w ciągu roku, to jesienią zawsze zaczyna się dla mnie okres z cyklu rób sobie dobrze. Jesień ma w sobie jakąś kosmiczną siłę rozprowadzaną chyba w powietrzu, siłę która zagania mnie pod wełniany koc z kubkiem herbaty, która zwala na mój podołek stosy książek, które dotychczas odkładam na półkę nawet ich nie powąchawszy z myślą, że jak tylko będę miała wolną chwilę to przeczytam. I owa chwila nadchodzi oczywiście w październiku.

Zaczyna się okres specyficznego pół-snu, kiedy niby rzeczywiście żyję, ale tak naprawdę wszystkim zajmuję się w pewnej hibernacji, działając tylko z nawyku, a nie z prawdziwego porywu serca i chęci. Ten moment rozpoznaję rokrocznie po fakcie, że chce mi się zrobić gruntowne porządki – takie z czyszczeniem klamek, włączników, wywalaniem ciuchów ze wszystkich szaf i gruntowną reorganizacją przestrzeni życiowej. To taki swego rodzaju ostatni akord mojej produktywności, akord, który przygotowuje moje mieszkanie do paromiesięcznego okopania się w łóżku.

Potem to już wiecie – herbata, lektura, wełniane skarpety i inne dziwactwa w tym guście, które mają tylko jeden zasadniczy cel – ukoić moje zbolałe od zimna i wilgoci jestestwo na tyle, by udało mi się doczekać wiosny nikogo uprzednio nie zamordowawszy, a i bez popełniania także i innych życiowych błędów, które jesienią naprawdę zdają mi się być dobrym pomysłem i złotym rozwiązaniem na ból dupy – z powiedzeniem szefowi by walił się na ryj włącznie.

Do tej pory stawiałam na pewne rodzaje aktywności, które miały mi jesień umilić – więcej TU. Teraz swoją filozofię uzupełniam o przekonanie, że są mi do szczęścia potrzebne także pewne atrybuty.

Nigdy wcześniej nie sądziłam, że rzeczy którymi się otaczam mogą mieć na mnie tak ogromny wpływ. A jednak – w satynowym szlafroku sama sobie zdaję się damą, w rozlazłym dresie zaś jakoś mimowolnie zamieniam się we flejtucha, który mokre ręce wyciera o ów dres. Dlatego zaczęłam otaczać się przedmiotami nijako ASPIRUJĄCO – czyli takimi, które samorzutnie wywołują we mnie zachowania godne mojego superego. Tak oto stawanie się lepszą wersją siebie przebiega w miarę bezboleśnie.

Wiem, że to co piszę nijak się ma do idei minimalizmu, która jest mi bliska, ale cóż – patrz akapit pierwszy. Jesień ma swoje prawa.

Żeby to jakoś lepiej zobrazować posłużę się przykładem.

Łatwiej mi się wygrzebać z łóżka, gdy mam w perspektywie kubek gorącej kawy. Jeszcze parę lat temu na wpół oślepiona porankiem dreptałam owinięta w koc do kuchni, wstawiałam czajnik, a potem waliłam się na powrót w pościel i dosypiałam jeszcze parę minut do czasu, aż obudzi mnie gwizd. Kawę piłam w pośpiechu, po łyku pomiędzy myciem gęby, a szukaniem czystych majtek. Zawsze była to kawa rozpuszczalna, z dużą ilością mleka i cukru, więc nie było się czym rozkoszować, a i celebrować też nie.

Tej jesieni rytuał przybrał na sile, ale jest to rytuał w takim wydaniu, że już od rana chce mi się żyć. Kawę robię w ciśnieniowym ekspresie, zawsze znajdując chwilę na cieszenie się aromatem świeżo zmielonych ziarenek. Korzystam z porcelanowej filiżanki, sama spieniam sojowe mleko, dodaję parę kropel karmelu, czasem posypuję cynamonem. W tle gra mi muzyka z filmu Amelia, względnie jakieś inne hipsterskie melodie. No sami powiedzcie – czy do takiej kawy wypada siadać w dresie??? Do takiej kawy można zabrać się tylko uczesanemu, bez śpiochów w oczach, pozmywawszy uprzednio naczynia. Aż chce się na chwilę przysiąść na tarasie, zamiast biegać z nią po domu robiąc sobie w międzyczasie makijaż. Parę minut spokoju z taką rytualną kawą owocuje u mnie harmonogramem na najbliższy dzień, dobrym samopoczuciem i względnym pogodzeniem się z pogodą za oknem.

Ale tu oczywiście nie chodzi wyłącznie o kawę, a o to jak wygląda nasza codzienność w ogóle. Czy dominuje w niech niechlujny pośpiech, czy też przywiązujemy wagę do miłych rytuałów? Czy jesteśmy w stanie doceniać dyskretny urok drobiazgów?

Luksus to nie tylko willa z basenem w Californi, albo nowy model Ferrari. Luksus zaczyna się w głowie. Od tego mianowicie by traktować się dobrze na co dzień, i to traktować się pięknymi przedmiotami, zamiast serwować sobie bylejakość. To taki luksus dla plebsu – powiecie. Może i jest jakaś logika takiego stwierdzenia i ja nie zamierzam się z nią kłócić. Ale cóż jest w tym złego, by sobie odrobinę takiego luksusu zapodać z rana? Bez szpanu, bez metki, o tak – dla własnej przyjemności.

Warto wziąć to pod rozwagę, bo choćbyśmy nie wiem jak zachwalali idee minimalizmu, to nic nie zmieni faktu, że przedmioty mają na nas realny wpływ i mogą nasze życie uczynić lepszym. W końcu z porcelany wszystko smakuje lepiej, a w czerwonym porche płacze się ponoć przyjemniej.

 

,,
9 comments on “Dyskretny urok przedmiotów – czyli odrobina luksusu jesienią
  1. Bardzo paryskie myślenie, całkowicie zgadzające się z lekturą „Lekcje Madame Chic” którą niedawno czytałam i… rzeczywiście. Żyje się jakoś przyjemniej, niech te przedmioty robią dobrze, na coś się wreszcie przydając. Żadnego oszczędzania na specjalne okazje, jeszcze tylko rutynę jesienną przenieść na cały rok i żyć, nie umierać. Plebsowi luksus też się należy, jako plebs się wykłócam. Pozdrawiam

    • Wiele osób polecało mi tę książkę. Chyba wreszcie czas sięgnąć, ale po „Sztuce prostoty”, która wydała mi się nieco sekciarska choruję obecnie na wstręt do życio-poradników.

      Pozdrawiam również :)

  2. myślenie katolika, bądź ubogi, jedź czerstwy chleb , bóg to lubi a bogaczy gani. myślenie marksisty , badź siermiężny, chodź we flanelowej koszuli wionącej potem bo smaczny posiłek i higiena to przejaw cech rasy wyzyskiwaczy. rasa ludzi bogatych żre słony kawior 10 000 złotych za gram i delektuje się jego smakiem ( faktycznie delektuje się swoim poczuciem wyższości albowiem sąsiad je jajecznicę z boczkiem a nuworysz żre ośmiorniczki na koszt swojej firmy). jesień jest piękną porą roku i piękną porą życia. spowalniasz bezmyślny pęd życia, delektujesz się aromatem kawy, delektujesz się muzyka która lubisz a nie tą , która jest dobra zdaniem jurorów z telewizji. taka jesień pięknie kontrastuje z bezmyślnością różowych landrynek, które w skwarze lipca wylegują się na hiszpańskiej plaży ( za jedyne złotych) hodując raka skóry i doznając orgazmu z faktu zalegania na hiszpańskiej plaży. jesień pięknie kontrastuje z zimowym i „turystami” w austrii, którzy swoimi BMW Q 8 i nartami za 300 000 złotych paradują między jedną austriacką knajpą a drugą. ci ludzie przebierają się za narciarzy, polecam ci film Koyannisqatsi z trylogii Barraka , film z 1982 roku z czasów kiedy nie było komputerów, photoshopów i redakcyjnej obróbki obrazów. Film nakręcony na tradycyjnej taśmie filmowej. Muzykę napisał Philipp Glass. doznasz orgazmu bez udziału swojego samca.

  3. Uwielbiam luksus dla plebsu, sama taki kultywuję :) czasem 5 minut czasem pół godzinki, tyle ile wyrwę dla siebie w kolejnym dniu, kawa, słodyczek, książka:)

  4. W okresie to jest rzeczywiście bardzo ważne, żeby każdego dnia mieć taką chwilę tylko dla siebie. W sumie zawsze tak być powinno, ale jesienią to już koniecznie. Dla mnie taką chwilą jest wieczorna godzina z książką, ciepłym kocem i kakao.
    Pozdrawiam :)

  5. pani Jagno, jak zwykle pysznie i zabawnie. A osobom nie posiadającym jeszcze ekspresu polecam te z „wajchą” na mieloną kawę (mielić polecam w osobnym młynku – taniej i praktyczniej).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • RSS
  • Twitter
  • Facebook