Jak wygląda Londyn… NAPRAWDĘ?

IMG_0392

Europejskie stolice to nie jakieś zaściankowe mieściny odróżniające się od reszty siedzibą rządu, tylko full serwis, wypas i generalnie arystokracja wśród tysięcy mniej obleganych miejscowości na mapie. Tak przynajmniej wmawia się nam w przewodnikach różnej maści. Bo kto z was widział przewodnik, który bez ogródek uświadomi turystę, że Paryżanie to zarozumiałe gbury, Wiedeń jest szary i ponury w swym dostojeństwie, a Rzym, choć piękny dosłownie rozpada się w oczach, a z zabytków światowej klasy w każdej chwili gruz może zwalić Ci się na łeb.

Nie od tego jest wszak przewodnik, by zniechęcać, ja też was zniechęcać nie chcę. Po prostu, wzorem pana Kolonko, powiem jak jest.

A jest fajnie, ale bez przesady. Zabytki są spoko (wiem, stwierdzenie niegodne kulturoznawcy), ale nie lepsze niż gdzie indziej więc nie ma co moczyć gaci. Centrum rozciągnięte niemiłosiernie i to bywa wkurzające gdy musisz się udać na peryferia, bo ciśniesz się w metrze już dwadzieścia minut, a to wciąż centrum i droga daleka. Ale generalnie nie ma co narzekać, jest fajniej niż w Warszawce, choć Warszawiaki pewnie będą innego zdania.

O czym jednak nie przeczytacie w przewodniku, to to, że Londyn tak generalnie ma klimat speluny. No, niech będzie, że takiej uroczej spelunki, albo poddasza jakiegoś artysty-alkoholika – ma swoją aurę, i to jest ok, ale nie chciałabyś tam kobieto zostać na noc. Jest mokro, wieje, pachnie Tamizą i kilkusetletnim kurzem z elewacji. W dodatku mam wrażenie, że Londyn jest po prostu cholernie niehigieniczny, ale to już czysty subiektywizm, bo sześć milionów ludzi, którzy nie umarli z brudu stanowią jednak jakiś argument.

Tu pozwolę sobie jednak na dygresję. Londyńskie korytarze metra, po których hulają nieprzyjemne przeciągi pachną trochę jak średniowieczne szpitale dla trędowatych – tak, że aż boisz się oddychać, żeby się przypadkiem nie zarazić zgnilizną. Przez ten zapach w metrze z chęcią dotykałabym wszystkiego przez chusteczkę higieniczną, najlepiej taką nasączoną domestosem, albo octem chociażby. Z zazdrością patrzę na Azjatów w ochronnych maseczkach na twarzy, sama bym chętnie takową założyła, wskoczyłabym też w skafander, taki jak mieli w Breaking Bad, ale poczucie estetyki mam w normie, więc to wciąż sfera fantazji, a nie mój codzienny outfit do miasta. Wiem, że to początki nerwicy natręctw, ale ze zgrozą obserwuję ludzi kaszlących sobie w kaptury, patrzę im na ręce o brudnych paznokciach i nie mogę przestać rozważać kwestii zasadniczych – czy umyli te ręce po wizycie w kibelku.

Poza kilkoma wyjątkami – jak Camden, czy China Town, Londyn jest tez nieco bezosobowy. W Paryżu wieje klasą i romantyzmem nawet z kratek ściekowych, Rzym ma swoją specyficzną mieszankę śródziemnomorskiej swobody i starożytnego monumentalizmu nawet w chodnikowych płytach, a Londyn nic. Szaro, buro, bez fantazji.  Gdyby nie czerwone budki telefoniczne i takież piętrowe autobusy mógłbyś człowieku odnieść wrażenie, że jesteś po prostu gdziekolwiek.

IMG_0125

Londyn ratuje się więc tymi paroma perełkami, daleko od oklepanych szlaków turystycznych, które swym delikatnym blaskiem rozświetlają to miasto na tyle, by reszta nijakich ulic stała się w tym świetle przynajmniej znośna.

Inna sprawa to ciasnota. Taki już urok zabytkowej architektury, że przodkowie nie pozostawili nam w spadku szerokich ulic, a przejechać po tym wszystkim buldożerem, by zyskać nieco na przestrzeni byłoby jawnym barbarzyństwem więc trzeba się pogodzić z tym co jest. Nigdzie jednak, nawet w Wenecji o uliczkach tak wąskich, że rozpostarcie ramion jest niemożliwe, a wyminięcie innego przechodnia to konieczność przyciskania się do ścian budynków, klaustrofobiczna aura nie doskwiera w stopniu tak bolesnym jak w angielskiej stolicy. Tu pewne zasługi należą się oczywiście tym sześciu milionom Londyńczyków, którzy resztki wolnej przestrzeni po prostu kradną, zapychają do niemożliwości, którzy ją oblegają w dzień i w nocy bez litości. Przepychanie się po Oxford Circus w sobotnie przedpołudnie psuje przyjemność z zakupów w najbardziej nawet luksusowych butikach, wszystkie te znane place, jak Piccadilly czy Trafalgar tracą cały urok, gdy pomniki i fontanny obsiada tłum człowieczy, a przejście stu metrów w tych warunkach to kwestia mniej więcej piętnastu minut, jak się ma wprawne łokcie i gabaryty patyczaka.

Tu nie ma po co mieć samochodu, roweru, ze względów pogodo-zależnych także, jesteśmy wszyscy skazani na to nieszczęsne metro. Ma to swoją drogą pewien urok i nieraz stanowi poglądową lekcję równości i demokracji w praktyce. Bo w metrze obok pana w garniturze ze skórzaną teczką siada bez żenady dziecko anarchii z kolorowym irokezem na głowie, w spodniach trzymających się tylko na pęku agrafek powbijanych we wszystkie dziury. Chwilę wcześniej siedziała tam starsza dama o szlachetnych rysach samej królowej Elżbiety, naprzeciwko niej Hinduska w soczyście kolorowym saari, metr dalej transwestyta z mocnym makijażem, trzyma się tej samej rurki, co dama w czerwonej garsonce z torebką od Gucciego. Multi kulti wersja instant w aluminiowej puszce – chciało by się rzec. I tłok, niewygoda, smrodek lazaretu wszystkich doświadcza tak samo – bez przywileju dla bogatszych i bez szczególnej pogardy dla mniejszości społecznych, czy narodowych.

IMG_0123

Ta różnorodność na ulicach jednych drażni, innych cieszy. Ludzie nie patrzą na siebie wilkiem, milionerzy łażą po mieście w dresach i bogatego poznasz po kolorze karty płatniczej, bo powierzchowność go nie zdradza. Ci w garniturach to raczej korpo-robole, ci w drogich samochodach, to częściej szoferzy, a rzadziej dyplomaci, ta pani w Guccim na torebkę przeznaczyła równowartość przeciętnego miesięcznego zarobku, a nie oszczędności życia. Po kilku tygodniach w Londynie przyjezdny przestaje też rejestrować kolory skóry, narodowości, przestaje zwracać uwagę na egzotyczny akcent rozmówcy. W uśpionych, malowniczych angielskich miasteczkach nie do pomyślenia, w Londynie – normalka.

Londyn wynagradza swoich mieszkańców życiem pozbawionym rutyny. To przecież taki mały pępuszek ziemskiego padołu, tu wielkomiejskie rozrywki i wydarzenia, do których reszta świata może sobie co najwyżej powzdychać. Teatry, galerie, eventy, festiwale, tu wśród przechodniów dostrzeżesz sławy z wielkiego ekranu, tu możesz podziwiać arcydzieła sztuki ze szkolnych podręczników. Nie musisz nawet gonić za tym wielkomiejskim życiem, ono przyjdzie po ciebie samo. Idziesz sobie spokojnie do pracy, gdy drogę zagrodzi ci pochodnia olimpijska, albo czerwony dywan i Angelina Jolie rozdająca autografy z okazji premiery nowej Lary Croft, albo piękne gejsze w kimonach poczęstują cię ciasteczkiem w wróżbą, bo akurat mają tu festiwal, albo światowej klasy skrzypek będzie ci grał do popołudniowej kawy, bo za rogiem koncert samych chórów anielskich. I trzeba do tego przywyknąć.

Dla przytłoczonych życiem i zmęczonych wyścigiem szczurów Londyn ma ukojenie – setki hektarów parków, jakby żywcem wyjętych z Tajemniczego Ogrodu. Dziwaczne zjawisko zderzenia światów – już metr za bramą parku człowiek się czuje, jakby z Londynu całkiem uciekł, przyroda zagarnia go opiekuńczo i koi nerwy soczystą zielenią i cichym szumem stawu, a to co za murem – tętniące życiem wielomilionowe miasto, zdaje się po prostu nie istnieć.

Czy warto tu mieszkać – do tej pory nie wiem sama. Londyn jest mieszanką rzeczy, które w człowieku wywołują emocje skrajne, od uwielbienia poprzez odrazę, z uczuciem przytłoczenia włącznie. Ma dla swoich mieszkańców nieoczekiwane cuda i kariery z cyklu od pucybuta do milionera, ma też dla nich zamachy terrorystyczne i zwłoki Niemców w ogródku sąsiadów. Jedno jest pewne – przesłodzone obrazki z London Eye na tle zachodzącego słońca nijak się mają do prawdziwej natury tego miasta.

,
7 comments on “Jak wygląda Londyn… NAPRAWDĘ?
  1. Londyn to centrum i dużo wiosek wkoło. Wiosek, które zaczynają się od II strefy, gdzie każda dzielnica to malutka miejscowość, gdzie każdy dba o swój „lokalny” biznes. Gdzie masz swojego ulubionego piekarza i wybrany Sainsbury Local do którego regularnie chodzisz.

    Londyn to dużo, dużo ludzi. Londyn to dużo Polaków, którzy za każdym razem obracają się w Twoją stronę, gdy używasz języka ojczystego.

    I to prawda – parki są najlepsze – szczególnie Richmond, byłaś juź Jagna odwiedzić bambi?

  2. Przykro mi to czytać, bo chciałabym kiedyś się tam przeprowadzić. Myślałam, że Londyn jest fajniejszy niż Warszawa. Naprawdę jest aż tak szaro i brudno? Twoje opisy niehigieniczności metra i jego pasażerów mnie przerażają, bo też jestem wrażliwa na takie rzeczy. Nie znoszę komunikacji miejskiej w Warszawie i brzydzę się usiąść na siedzenie w metrze czy autobusie. Pomijając już fakt, że rzadko się zdarza, żeby autobus nie śmierdział tak jakby mieszkał w nim menel. Od razu włącza się wyobraźnia, bo statystycznie rzecz biorąc na każdym siedzeniu mógł kiedyś jakiś menel siedzieć… Dzięki za ten artykuł. Przynajmniej nie będę miała zbyt dużych oczekiwać wobec Londynu ;)

  3. na zdjęciach w tym wpisie widać londyn jako kolorowy kicz, jak lunapark i jak zawartość sokowirówki krótko po jej włączeniu . multi kulti – albo jak barwne cygańskie rzygowiny.
    proszę spojrzeć na zacofane bieszczady jesienią i ocenić co naprawdę jest piękne ;

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • RSS
  • Twitter
  • Facebook