Hobbit: Bitwa Pięciu Armii – recenzja

…i to niezbyt pochlebna. W bonusie oczywiście subiektywna ocena współeczensej kinematografii i masa wątków pobocznych, jak przystało na ten blog.
Dałam się wyciągnąć do kina na Hobbita: Bitwę Pięciu Armii. Po częściach numer jeden i dwa, które uznałam za niezłe, miałam dość wysokie oczekiwania i teraz mam nauczę, by oczekiwań względem kina jednak nie mieć.

Tu nie rozchodzi się już nawet o tego nieszczęsnego Hobbita, a o kierunek, w którym zmierza kinematografia jako taka – coraz mniej w filamch fabuły, coraz więcej zaś efektów specjalnych, kontrowersji i drastycznych scen. Na prawdę nie da się już zrobić ciekawego filmu bez ani jednego pościgu, bez ani jednego gołego cycka, litrów sztucznej krwi i komputerowych ulepszaczy?

Doszliśmy już do takiego momentu, że efekty specjalne przestały zachwycać, a ich nadmiar po prostu nudzi. Ze wszystkiego trzeba korzystać z umiarem. Twórcy Hobbita miarkę przebrali i to dość grubo. Straczy rzec, że ja – taka zwolenniczka rozsądnego odżywiania – z nudów pożarłam opakowanie popcornu family size, obliczone na trójkę dorosłych plus dziecko, a już od czterdziestej minuty (ze stu pięćdziesięciu!) bardziej byłam zaagnażowana w wymianę uwag ze znajomymi, niż w to, co się działo na ekranie.
Wracając do moich oczekiwań – czyli pięknych kostiumów, zapierających dech w piersiach sceneriach i ciekawego sposobu poprowadzenia fabuły, która była już mi znana z książki Tolkiena, więc nie spodziewałam się tu jakiś rewelacji. Te pierwsze rzeczywiście w Hobbicie są i nie mam im nic do zarzucenia. Co zaś się tyczy fabuły, to w filme jest jej tak mało, że gdyby pominąć wszystkie te sceny finezyjnego prania się po mordach to zostało by nam może półgodzinne nagranie. Szkoda, bo pole do popisu było ogromne, możliwości również. Byłby z tego hit, gdyby punkt ciężkości z podrasowanych na komputerze scen walki przenieść choćby na dialogi. Film ma parę lepszych momentów, ale nie jest tego tyle, by całość mogła się jakoś obronić.
Inną bolączką produkcji kinowych, której Hobbit się nie oparł jest sam sposób filmowania powieści. Nie żebym miała coś przeciwko samej idei wykorzystania literatury dla sztuk wizualnych, razi mnie bardziej sam efekt tych poczynań. Zamiast wiernie odwzorowywać historię książkową reżyserzy mają irytującą tendencję do przeinaczania, swobodnego skakania po co ważniejszych wątkach, a czasem o zgrozo dodawania własnych, jakby święcie wierzyli, że tym sposobem oryginalną historię ulepszą. Rozumiem, że nie wszystkie zabiegi stylistyczne stosowane w literaturze da się przenieść na grunt filmowy, wiem też, że standardowa powieść trzystustronnicowa w dwugodzinnym filmie się po prostu nie zmieści. Jak widać jednak na to ostatnie przynajmniej są sposoby – filmowanie w częściach, tak jak to miało akurat miejsce przy Hobbcie, albo w formie seriali, jak zrobili to twórcy Gry o Tron. Skoro już ktoś bierze się za adaptację powieści i ma jeszcze czelność nadawać efektowi tych wysiłów tytuł tożsamy z tytułem oryginału, to niech się trzyma książki najwierniej jak to możliwe, żywcem przepisując do scenariusza dialogii, odwzorowując sceny i okoliczności ze wszystkimi detalami. Podejście na zasadzie – sfilmujmy luźną wariację na temat książki, kończy się zazwyczaj tak, jak to miało miejsce w przypadku Harry’ego Potter’a: ci, co nie czytali ledwie łapali o co chodzi, ci zaś, co czytali z niesmakiem wytykali twórcom nieścisłości, przeinaczenia i pominięte wątki, a potem trąbili dookoła, że książka lepsza.
O ile w Niezwykłej Podróży i Pustkowiach Smauga scenariusz trzymał się jakoś fabuły książkowej z niewielkim jedynie odchyleniami, tak tu twórców poniosła fantazja. Bitwa bitwą, ale doklejanie na siłę scen, byleby tylko popisać się efektami specjalnymi w ogóle do mnie nie przemawia. W tym przypadku zwyczajnie razi i każe posądzać twórców o celowe rozciąganie fabuły, byleby tylko zapełnić czymś kolejny film i zamiast dwóch – co w zupełności by wystarczyło, nakręcić trzy części i mieć dodatkowy przychód z biletów kinowych. Ani to chwalebne, ani rozsądne – należałoby raczej oszczędzić sobie kasy z budżetu na komputerowe prztrwarzenie obrazu i inne fajerwerki. I film by na tym zyskał, i widzowie.

Polska premiera trzeciej części Hobbita nastąpi już 25 grudnia. Jeśli do tej pory planowaliście zerwać się z rodzinnej posiadówy, żeby pobiec do kina to uczciwie ostrzegam – nie warto. Ta produkcja cierpi na poważny przerost formy nad treścią.

4 comments on “Hobbit: Bitwa Pięciu Armii – recenzja
  1. Hm, mi już 1 część Hobbita nie bardzo się podobała, a drugiej nawet nie chciało mi się do końca oglądać. Co do jakości, podobno gra Pillars of Eternity ma skupiać się na fabule. Mimo roku, jaki mamy, będzie ona w 2d na wzór Baldur’s Gate i zapowiada się naprawdę świetnie.

    • O kurwa, ktoś się porwał na robienie gry 2d?! :D Respekt.
      A co do filmu: „Byłby z tego hit”? – Przecież motłoch płaci i podziwia irytująco rozmazane CGI. Jak ktoś nie czytał – niech nie idzie – nie warto. Jak ktoś czytał – TYMBARDZIEJ!!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • RSS
  • Twitter
  • Facebook