Pięćdziesiąt twarzy Greya – recenzja ekranizacji

50-shades-of-Grey

Wychodzę z założenia, że by móc coś krytykować, trzeba to znać. Nie tworzyć żadnych opinii na podstawie cudzych opinii. Dlatego jak słyszę, że coś jest beznadziejne, to zanim dołączę do tłumu krytyków muszę przekonać się na własnej skórze o tej rzekomej beznadziejności. Ta taktyka ma tę zaletę, że nasze opinie są autentyczne. Oraz tę wadę, że tracimy czas na zapoznawanie się z dziełami niskich lotów i robimy to z premedytacją.

Dlatego właśnie sięgnęłam po “Pięćdziesiąt twarzy Grey’a”. Żeby przekonać się, czy rzeczywiście jest tak zła, jak twierdzą krytycy, i dlaczego w takim razie sprzedaje się jak świeże  bułeczki.

Książka jest słaba. To znaczy fabuła książki nie jest nawet taka zła, ale zagłębiając się w treść miałam wrażenie, że trzymam w ręku brudnopis. Ot, ktoś nabazgrał pomysł na książkę i porzucił na wpółukończony. Że to nie przeszło żadnej redakcji, korekty, nikt nie uładził topornej stylistyki. Byłam nieco zażenowana opiniami koleżanek, które się tym zachwycały, ale wciąż powtarzałam sobie, że to nie jest dzieło zawodowej pisarki, tylko wydanie blogowej twórczości kogoś, kto z prawdziwą literaturą nie miał chyba zbyt wiele wspólnego. Tym bardziej gratuluję autorce tak oszałamiającego sukcesu. I tym bardziej żal mi jest czytelników, fanów tej pozycji, bo zdaje się, że oni też nie czytają dobrych książek, skoro nie są w stanie dostrzec jaka to amatroszczyzna.

Ale nie o książce chciałam tu pisać, tylko o filmie. Poszłam do kina w ramach babskiego wieczoru, ciekawa jakie to soft porno da się zmontować na bazie tej powieści. Nie spodziewałam się fajerwerków i chyba dlatego jestem tak mile zaskoczona. Bo film nie jest taki zły, biorąc pod uwagę, że startował z poziomu powieści naprawdę niskich lotów. Nie podciągnęła bym tego nawet pod erotykę, raczej komedio-dramat romantyczny, bo sceny łóżkowe nie są ani ostrzejsze niż w standardowych produkcjach Hollywood, ani też nie dominują znacząco fabuły.

Ekranizacja pomija taktownym milczeniem wszystkie te wątki, które powieściowy pierwowzór położył po całości. Nie ma zdziecinniałych monologów wewnętrzynych głównej bohaterki, słabych, wręcz żenujących zbliżeń seksualnych, nikt nie dochodzi pięć razy pod rząd, albo od samego tylko łaskotania pośladków. Mało tego, główna bohaterka, Anastasia Steele, mimo że w książce zdawała się być zdziecninniałą emocjonalnie naiwniaczką bez klasy i polotu w filmie prezentuje się już nieco bardziej dojrzale, można ją nawet posądzać o błyskotliwość.

Nie ośmielę się jednak twierdzić, że jest to film dobry. Dobrą robotę odwalił scenarzysta, który absolutnie drętwą książkę wycisnął jak cytrynę wydobywając z niej to, co najlepsze, choć wciąż nie twierdzę, że dobre. Gra aktorska ujdzie w tłumie, braki logiczne w tej skądinąd banalnej historii także do przełknięcia. Podoba mi się ucięte zakończenie, dość otwarte na interpretacje, ale niestety po lekturze książek (tak, tak – z rozpędu przeczytałam całość) wiem, że kontynuacja wciąż będzie banalnia, nudna i głupia, a opowieść o związku sadomasochisty z młodziutką ofiarą przerodzi się w nieprzymierzając harlequin. I tylko jedna scena jakoś do mnie trafia – scena w której naga, bita skórzanym pasem przez ukochanego Anastasia liczy uderzenia szeptem, a łzy bezgłośnie płyną jej po nosie. Spodziewałam się znaleźć tego więcej. Nie samej przemocy, ale jakiegoś naturalizmu, nieosłodzonych tajników SM, mrocznej prawdy o rozkoszy. A tu dupa, bo w kinowa wersja “Pięćdziesięciu twarzy Grey’a” serwuje nam to samo, co jej pierwowzór – lukruwany obrazek, z którego wynika, że seks sadomasochistów od normalnego różni się użyciem kajdanek, względnie posiadaniem wypasionego pokoju z obitym czerwoną skórą łożem.  

PS. A szkoda, bo tak na marginesie dodam, że ta historia ma potencjał. Gdyby tylko Anastazja po paru miesiącach perwersyjnych zabaw z Christianem Grey’em rzuciła go w diabły i znalazła sobie własnego seksualnego niewolnika. Gdyby, zamiast banalnych wydarzeń i mało kreatywnych nawiązań do popkultury stworzyć obraz metamorfozy – ze słodkiej, niedoświadczonej dziewczynki w kobietę o specyficznych potrzebach, kobietę, która sama staje się sadystką. Jakież to by mogło być wspaniałe studium przypadku, jaki psychologiczny portret zaburzeń seksualnych i jakże szczera konkluzja, że jak się już raz wkroczy na ścieżkę mrocznych zabaw, to zawrócić z niej nie sposób.

12 comments on “Pięćdziesiąt twarzy Greya – recenzja ekranizacji
  1. Przeczytałam parę stron, więcej nie dałam rady, o nie.
    Co do naturalizmu polecam Zolę, co do sadyzmu – 120 dni sodomy.
    Sado-maso nie jest dla mnie aksjologiczne.
    Ale, na Boga, jeżeli ktoś stawia na piedestał cierpki wytwór kobiety która śmie nazywać się pisarką (choćby amatorską) to Markiz de Sade przewraca się w grobie.

    I nie wiem, co gorsze – to, że ludzie nie czytają nic, czy to, że czytają śmieci.

    Jagna-dzięki za wpis.
    Wracam do swoich „nudnych” książek.

  2. Świetna recenzja książki – ja już przez moment myślałam, że to wina tłumaczenia (niestety, oryginału nie czytałam), więc cieszę się, że ktoś podziela moje wrażenie. To nie jest lektura dla wyrobionego czytelnika. Ale „szapo ba” dla autorki – kury domowej, która to napisała – i zarobiła fortunę, bo jak mówisz, jest potencjał w tej historii. Na film mimo wszystko nie pójdę. Pozdrawiam serdecznie.

  3. Jagna owa ksiazka owszem przeszla recenzje, i to nie jedna.Intencja autorki bylo napisanie nie dziela literackiego ale porno gniotu dla kobiet w srednim wieku ktore sa znudzone swoim zyciem seksualnym, czesto malzenskim Ksiazka pokazuje ze mozna inaczej, pikantniej, ma pobudzic wyobraznie (watek milosny jest dodatkiem)
    Dzieki ksiazce wiele malzenstw ponowienie odnalazlo sie w sypialni nie dajac przy tym zarobic ani grosza specjalistom od terapii rodzinnej/seksualnej. ( jak widac autorka osiagnela zamierzony cel)
    Bledem jest sie doszukiwac sie w owej ksiazce jezyka literackiego, wielkiego dziela, bo autorka raz ze amatorka, dwa nie taki byl jej zamiar ( czego wiele ludzi jakos nie moze tego zauwazyc)
    Trzy, zapomnij o ksiazce i siegnij po nia za lat 10-15 lat i przeczytaj jeszcze raz, a zobaczyc ze zauwazysz w niej to czego teraz nie jestes w stanie dostrzec z racji wieku i braku doswiadcznia zyciowego. Chyba ze jestes z tych co „know it all” ;)

    • Co ma doświadczenie życiowe do oceny jakości tego „dzieła”? Osobiście mam wielką nadzieję, że z wiekiem zmysły mi się nie stępią, a moje standardy nie ulegną obniżeniu. Jasne, jako pornos nawet taka książka może „działać”, choć na mnie osobiście wykrzyknienia w stylu „O Święty Barnabo!” za każdym razem działały jak kubeł zimnej wody. Boleję nad tym, że teraz każdy może napisać książkę i powiedzieć: „No co, przecież nie jestem profesjonalnym pisarzem!”. Profesjonalnym, czyli jakim? Wielu wybitnych autorów nie ma wykształcenia w tym kierunku. Ale mają talent i umiejętności. I choć nie mam nic przeciwko czytywaniu literatury lekkiej, rozrywkowej, to uważam, że publikowanie czegoś, co jest napisane fatalnym językiem, niedopracowane i w dodatku nawet nie próbuje udawać, że nie jest plagiatem (początkowo „Pięćdziesiąt twarzy Greya” było fanartem „Zmierzchu”, na potrzeby publikacji wersji książkowej zmieniono imiona i nazwiska oraz szczegóły typu picie krwi) to skandaliczny dowód na to, że w wydawnictwie pracują ludzie, którzy nie znają się na swojej robocie.

  4. Boże, genialny blog. Uwielbiam ten styl pisania od 1 minuty!!! Normalnie przeczytam wszystkie posty w dzisiejszą noc :D! Pozdrawiammmm!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • RSS
  • Twitter
  • Facebook