Podróż na Bali – migawki

bali (1)

Podróż poślubna na Bali – to była jedyna rzecz, która pozwoliła mi dotrwać do ślubu z mocnym postanowieniem, że ceremonia się jednak odbędzie. Choćby nie wiem co. Koniec końców nie było tak źle – zapowiadanej ulewy nie było, sukienka, w którą się nie zmieściłam na trzy dni przed ślubem została przerobiona na czas, urzędnik w ostatniej chwili zgodził się na ślub plenerowy i udało się ten plener naprędce przygotować, ogarnęłam sobie nawet ślubne buty i nie musiałam iść do ołtarza w trampkach. W całym tym zamieszaniu i przewrażliwieniu na bodźce zewnętrzne udało mi się też nie odstraszyć od siebie narzeczonego, czego nie można powiedzieć o reszcie rodziny. No cóż – nie można mieć wszystkiego.

Bali jawiła mi się w tym okresie jako upragniony raj, zakątek ziemi tak daleki, że żadnej problemy nie zdołają mnie tam dosięgnąć. Błoga cisza, piękne krajobrazy, życzliwi ludzie i oszałamiające zabytki – na to liczyłam. Rzeczywistość jest jednak brutalna, bo mimo, że marzenia się spełniły, to w pakiecie były też hałdy śmieci, wszechogarniająca bieda, nie całkiem uczciwi ludzie i małpy z wścieklizną.

Ale po kolei.

Wypompowana psychicznie wsiadłam do samolotu na londyńskim Heathrow krótko po północy uzbrojona w poduszkę podróżną, interesujące lektury i kocyk. Wyspanie dwóch osób na trzech siedzeniach samolotowych wymaga akrobatycznych umiejętności, którymi żadne z nas nie może się popisać, toteż na wpół żywi ze zmęczenia przywitaliśmy nasz pierwszy przystanek – lotnisko w Kantonie. Spragnieni kawy i Internetu zawiedliśmy się srodze na chińskiej gościnności. Kawę otrzymaliśmy do długich pertraktacjach, by obsługa raczyła się w ogóle nami zainteresować. To była najdroższa i najgorsza zarazem kawa, jaką zdarzyło mi się pić, dlatego zważcie jak ogromny musiał być poziom wyczerpania organizmu, skoro bez szemrania zapłaciłam 16 euro i wypiłam niemalże duszkiem.

Pierwsze wrażenie na Bali też nie należało do najprzyjemniejszych. Wylądowaliśmy tuż przed północą. Gorąco jak w piekle, mały hotelik położony w labiryncie ciemnych uliczek, bezdomne psy śpiące co parę metrów na ulicy, restauracje i sklepy zamknięte na głucho. A w brzuchu burczy. W bonusie recepcjonista, który po angielsku rozumiał ledwie parę słów i zimna woda po prysznicem.

Prawdziwe zderzenie wschodu z zachodem zaliczam jednak gdzie indziej, przy czynności tak prozaicznej, jaką jest realizacja podstawowych potrzeb fizjologicznych. Zamiast standardowych oznaczeń „damski” i „męski” na drzwiach toalety wiszą tabliczki z napisem „wschód” i „zachód”. Zaintrygowana postanawiam odwiedzić przybytek wschodni, gdzie czeka na mnie dziura w ziemi, beczka z wodą i plastikowy czerpak. Ten obrazek towarzyszy mi przez całą, niemal miesięczną tułaczkę po Indonezji. Wcale nie dlatego, że zapadł mi w pamięć. Jak się opuści fasadę turystycznych kurortów to się z takich kibli korzysta niemal bez przerwy. Opiekun tego przybytku poda ci brudny skrawek mydła tylko na specjalne życzenie.

Mimo nieco drastycznych warunków sanitarnych byłam wyspą zachwycona. Nie dałam rady usiedzieć przy hotelowym basenie, męczyłam męża byśmy wynajęli skuter i oddalili się nieco od utartego szlaku. Był to ruch więcej niż ryzykowny, jak się weźmie pod uwagę tutejszy styl jazdy.

Skuter balijski to pojazd o zdumiewających możliwościach. Pomieści czteroosobową rodzinę, worek ryżu i psa. Wciśnie się w najmniejszą nawet szczelinę, przejedzie chodnikiem pomiędzy pieszymi, spokojnie poradzi sobie z płytką rzeczką. Balijczycy jeżdżą nonszalancko, w pogardzie mając zasady ruchu drogowego, bezpieczeństwa, a nawet fizyki. Korzystają więc z dobrodziejstw skutera niemowlęta przyciśnięte do matczynych piersi, korzystają zwierzęta gospodarcze małych gabarytów, a także ludzie pracy przewożąc drabiny, nowe okna, a nawet przenośne restauracyjki. Włączenie się w ten chaotyczny ruch na ulicach, gdzie każdy pas jezdni jest dwukierunkowy, każde zagranie dozwolone, a ludzie mijając się na ciasnych odcinkach ocierają się o siebie kolanami może się zdawać nieco ryzykowne. Mąż mój, po pierwszym szoku pokochał jednak ten styl jazdy i zwiedziliśmy wszystkie skarby Bali poruszając się skuterem nie zaliczywszy ani jednej kolizji, mimo że kilkanaście razy uniknęliśmy jej o włos.

A było co zwiedzać i z żalem przyznaję, że miesiąc to za mało, by dogłębnie spenetrować wszystkie świątynie, wodospady, plantacje, wulkany, wybrzeża, muzea i wioseczki. Opisanie tutaj wszystkich wrażeń i przygód skutkowałoby całkowitym przebranżawianiem bloga na typowo balijsko-turystyczny i to na kilka kolejnych miesięcy, pozwólcie więc, że dokonam brutalnej selekcji i skupię się na tym, co najciekawsze.

Kawah Ijen

Kompleks czynnych wulkanów na wyspie Java. Jeden z najpiękniejszych zakątków świata, jaki widziałam, a jednocześnie miejsce morderczej pracy dla wielu ludzi. Na temat kopalni siarki, która mieści się na szczycie wulkanu powstało kilka filmów dokumentalnych. Wdrapaliśmy się na szczyt nocą, by zejść w głąb krateru i podziwiać samoistne zapłony oparów siarki. Widok jest niesamowity – buchające z wnętrza ziemi języki niebieskawego ognia i kłęby gryzącego dymu sprawią wrażenie, jakby krater miał lada moment eksplodować. W tym miejscu ziemia rzyga płynną siarką, którą górnicy ręcznie pakują do wiklinowych koszy i znoszą na dół na własnych barkach. Po sto kilo jednym kursem. Barbarzyńska prowizorka tej pracy, niebezpieczne warunki i nadludzki wręcz wysiłek, jaki wykonują pracujący tu ludzie zrobiły na mnie piorunujące wrażenie, tym bardziej, że kwoty jakie udaje im się w ten sposób zarobić są skandalicznie wręcz skromne. Zdradliwe kamienie usuwają się spod nóg, od zapachu łzawią oczy, podejście jest strome i niebezpieczne. Ja sama, objuczona jedynie niewielkim plecaczkiem kilka razy o mało nie osunęłam się w dół, ze zgrozą więc patrzyłam na wędrujących tragarzy. Nocne podejście, spacer wokół krateru i droga powrotna zajęły nam bite dziesięć godzin. Skrajnie wyczerpani, padliśmy prosto do łóżka i spaliśmy przez kolejnych siedemnaście. Nie potrafię sobie wyobrazić jak mogłabym robić to codziennie, w dodatku taszcząc na plecach dodatkowe sto kilo. 

wulkan

 

Menjangan i rafa koralowa

- A czy tu są rekiny?

- Są – odrzekł nasz przewodnik. Przypatrywałam się mu badawczo z nadzieją, że jego twarz zdradzi jakikolwiek objaw kokieterii. Nic z tego, był poważny, a zarazem niepokojąco obojętny. Siedzieliśmy na łajbie, która czasy swej świetności miała już dawno za sobą. Słona woda co raz obryzgiwała mi twarz. Płynęliśmy wąskim przesmykiem pomiędzy trzema wyspami: Bali, Javą i Menjangan. Widoki były olśniewające – krystalicznie czysta woda o lazurowej barwie, piętrzące się wzgórza gęsto porośnięte tropikalnym lasem, w oddali majestatyczny wulkan, na wpół skryty w pojedynczej, pierzastej chmurze.

- I co robić jak zobaczymy rekina? – zapytałam ogłupiała. Gestem pokazał, że siedzieć cicho. Czy muszę dodawać, że przez dwie godziny nurkowania na rafie koralowej raz po raz rozglądałam się bacznie we wszystkie strony, struchlała na samą myśl, że jednak jakiegoś napotkam? To był mój pierwszy podwodny wojaż. Nurkowanie – brzmi jak świetna zabawa, czyż nie? Dla mnie okazało się zarazem sporym wyzwaniem. Nie tylko z powodu groźby scenariusza rodem ze „Szczęk” i tępego bólu uszu. Najdziwaczniejsza rzecz, jakiej doświadczyłam – coś z pogranicza fantastyki i podróży na obcą planetę. Odłączona od części swoich zmysłów, zawierzając swoje życie butli z powietrzem, odkrywałam świat znany mi dotąd z kolorowych obrazków National Geographic. Wokół bezkresna toń, głucha cisza i niemy świat koralowca. A było co podziwiać! Pstrokate rybki, jadowite jeżowce, jeszcze bardziej jadowite węże morskie, przedziwne konstrukcje i formy, jakie przybiera koralowiec i skryte w nim żyjątka z neonowo pomarańczowym Nemo na czele.

Fascynacja, szczery zachwyt, a także czający się gdzieś w trzewiach strach, który kazał mi raz po raz spoglądać na stan powietrza w butli i wypatrywać tych nieszczęsnych rekinów. I mimo, że zeszliśmy tylko na parę metrów i tafla wody nad głową była świetnie widoczna, to zdawało mi się, że szczelnie odgradza mnie od normalnego świata, który znam i rozumiem, i do którego spieszno było mi wrócić żywej. Cóż, zdaję sobie sprawę, że brzmi to co najmniej histeryczne, ale wierzcie mi – z tamtej perspektywy sprawy wyglądają zupełnie inaczej.

nurkowanie

 

Makaki i wścieklizna

Święty Małpi Gaj to jedna z flagowych atrakcji Ubudu. Świątynia zatopiona w tropikalnym lesie stanowi dom stada makaków, które powszechnie uważane są za święte. Wykazaliśmy się optymizmem graniczącym wręcz z głupotą, że zdecydowaliśmy się odwiedzić to miejsce, mimo że żadne z nas nie było zaszczepione przeciw wściekliźnie. Za głupotę się płaci, i my zapłaciliśmy również. Małpy, mimo że z pozoru piękne i słodkie wypuściły nas ze swego przybytku w stanie nieco naruszonym – męża ze śladami zadrapań i ugryzień, mnie zaś uboższą o porządną garść włosów. I pomimo zapewnień personelu, że małpy są zdrowe padł na nas blady strach. Dwa dni, sto kilometrów i kilka ośrodków medycznych później wciąż w skrajnej panice poszukiwaliśmy szczepionki. Zdaje się, że Indonezja jest w samym środku kryzysu pod względem zapasów szczepionek. Szczęściem po długich telefonicznych poszukiwaniach udało się zlokalizować ostatnią istniejącą dawkę w zapadłej wsi pośrodku niczego, w małej aptece ulokowanej w baraku pomiędzy targiem rybnym, a hałdą śmieci. Niemałym szokiem było dla mnie to doświadczenie rodem z trzeciego świata – stanąć w obliczu absolutnego deficytu leku, który może uratować ci życie, z pełną świadomością, że gdybyś tylko znajdował się pod inną szerokością geograficzną, otrzymałbyś go bez najmniejszego problemu, na każdym osiedlu, w większym supermarkecie.

makak

 

To jest mały wycinek z naszej podróży (a i tak najdłuższy chyba wpis na tym blogu). Jeszcze kilkoma refleksjami na temat tej wyprawy podzielę się wkrótce na blogu. Tymczasem jestem cholernie ciekawa jak wy spędzaliście swój miesiąc miodowy – dajcie znać w komentarzach.

 

,,
9 comments on “Podróż na Bali – migawki
  1. Twoja podróż brzmi wspaniałe. Mój miesiąc miodowy spędziłam w szpitalu, ponieważ na drugi dzień po ślubie okazało sie, ze mam zapalenie wątroby. Podróż-rejs po Bałtyku z zaliczeniem nabrzeży została odwołana bez zwrotu kosztów. Za to miesiąc po wyjściu ze szpitala pojechaliśmy do Zakopanego celem zwiedzania gór oraz dalszymi podróżami-Budapeszt, Wiedeń, Bratysława. Było cudownie! Teraz odbijamy sobie nadal i na druga rocznice ślubu pojechaliśmy zwiedzać wschodnie wybrzeże USA :) pozbawiam gorąco aktualnie z Południowej Karoliny! #zagranico

  2. O matko! Jak ja Ci zazdroszczę tej wycieczki! Tego nurkowania! I wszystkiego! :)
    Chociaż z drugiej strony czytałam książkę o dziewczynie, która poleciała na Bali do siostry i ktoś podrzucił jej narkotyki, przez co musi teraz spędzić ponad 20 lat w więzieniu, bo nikt nie chciał jej pomóc. Przeczytaj sobie „Jeśli doczekam jutra” to spojrzysz na to miejsce z innej strony :)

    • Zaciekawiłaś mnie tą książką! Koniecznie muszę przeczytać.

      A Ciebie Jagna trochę podziwiam ;) Nie wiem czy bym się odważyła na taką podróż ;) Co nie zmienia faktu, że jest tam pięknie i pewnie warto to zobaczyć na własne oczy.

      Pozdrawiam!

      • Moja mama była przerażona, jak jej powiedziałam, że wybieramy się praktycznie na drugi koniec świata, w dodatku nie z biurem podróży, tylko całe przedsięwzięcie planując na własną rękę. Musiałam się meldować na fb co drugi dzień :P Mi się z kolei wydaje, że jak się człowiek dobrze przygotuje, poczyta trochę o kulturze i zwyczajach, nauczy paru słów w tamtejszym języku i do każdego napotkanego człowieka podchodzi życzlliwie i z uśmiechem, to doprawdy nie ma czego się obawiać. Wiadomo, że wypadki chodzą po ludziach, ale równie dobrze coś złego może ci się zdarzyć w domu.

    • Poszukam sobie tej książki i na pewno przeczytam. Z tym, że Bali to nie raj mogę się zgodzić i na podstawie własnych doświadczeń – spotkaliśmy wielu ludzi, którzy próbowali nas oszukać. Grunt to być czujnym.

  3. My lecimy we wrzesniu na nasza podroz poslubna na Bali i Gili, tez sami organizujemy, nie przez biuro podrozy :) Juz nie moge sie doczekac!!!!! Moze pare rad? Na bank zrobimy szczepionki przeciwko wsciekliznie, albo zabierzemy ze soba,hehe

  4. O rany, zazdroszcze! Też zakochałam się w Bali i wybieram się tam 4 marca ;) co prawda będzie to trochę inna podróż bo najbardziej do gustu przypadła mi oferta ekipy z wyprawynabali ;) duży rozmyślań, zmian i poznawanie siebie – brzmi super ;) mam nadzieję, że wrócę zachwycona podobnie jak Ty!

Odpowiedz na „~JoannaAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • RSS
  • Twitter
  • Facebook